Księga gości

Wspomnienia bobrownickie Rozdział 2

 

Szkoła

 

W lipcu i sierpniu 1934 roku ostatni raz chodziłem na tak zwane półkolonie, które polegały na tym, że do godziny 16 przebywaliśmy pod opieką ochroniarki a po godzinie 16 wracaliśmy do domów. Półkolonie różniły się tym od ochronki, że chodziło do nich więcej dzieci.

 

Dzieci z bobrownickiej pólłkolonii. W pierwszym rzędzie od góry, czwarty od lewej autor, dziewczynka pośrodku między nauczycielkami jego młodsza siostra Stefania. W tle budynek szkoły powszechnej. (ok. 1934 r.)

 

Od 1 września 1934 roku zacząłem chodzić do pierwszej klasy szkoły powszechnej, która znajdowała się przy ulicy Kościelnej. Była to szkoła siedmioklasowa, której kierownikiem był pan Józef Katkiewicz. Dzień, w którym miałem pójść do szkoły był dla mnie wielkim przeżyciem, tym bardziej, że zostałem do niej przyjęty warunkowo. Nie mogłem dospać i doczekać się tej upragnionej godziny, kiedy mama mnie zaprowadzi do tej wymarzonej szkoły. Wreszcie nadszedł ten moment. Mama wstała, ubrała mnie odświętnie, śniadania nie jadłem bo byłem zbyt mocno przejęty swoja rolą. Na kilkanaście minut przed godzina ósmą wraz z mamą poszliśmy do szkoły. Wprowadzono nas do klasy na parterze i czekaliśmy na nauczyciela.

 

Punktualnie o godzinie 8 rozległ się dzwonek woźnego, którym był pan Rosiński i za chwile wszedł do klasy pan nauczyciel. Wszyscy uczniowie wstali. Pan nauczyciel wszedł za stół i przywitał się z nami a my nieskładnie odpowiedzieliśmy na powitanie i pan nauczyciel kazał siadać i po chwili odezwał się do nas tymi słowami: „Nazywam się Jarmusz Bazyli, będę wychowawca waszej klasy”. Odczytał z dziennika wszystkich uczniów z nazwiska i imienia. Na wywołane nazwisko każdy uczeń musiał wstać i powiedzieć „jestem” po czym ponownie siadał w ławce. Po sprawdzeniu obecności była krótka pogadanka o sposobie zachowania się w szkole i na lekcjach. Po około godzinie czasu wychowawca zwolnił nas do domu.

 

Pierwszy dzień w szkole wywarł na mnie bardzo duże wrażenie jak również pewne niezadowolenie. Otóż przyczyna tego stanu rzeczy była moja grzywka. Wszyscy uczniowie mieli głowy ostrzyżone na „zero”, a ja jeden jedyny miałem grzywkę i z tego tytułu byłem mocno niezadowolony bo koledzy z klasy śmiali się ze mnie. Chciałem koniecznie żeby rodzice mi grzywkę obcięli lecz tym razem oni się uparli i nic nie wskórałem. Z biegiem lat i w następnych klasach już wszyscy się przyzwyczaili do mojej grzywki i już nie byłem więcej z tego powodu wyśmiewany.

 

W szkole nauka szła mi dobrze i nie miałem specjalnych trudności w przyswajaniu materiału. Zdawałem z klasy do klasy w normalnym czasie i w roku szkolnym 1938/39 ukończyłem pięć klas i zdałem do klasy 6. Niestety do klasy 6 już nie chodziłem ponieważ wybuchła II wojna światowa i nastąpił koniec mojej dalszej edukacji.

 

Jak już wspomniałem, że o ile nauka nie sprawiała mi specjalnych trudności to gorzej było z zachowaniem się w szkole. Byłem dość ruchliwym i niespokojnym uczniem a szczególnie lubiłem psocić się kolegom i koleżankom. Za te moje figle byłem bardzo często karany ale nie obniżaniem stopnia z zachowania a tylko karami cielesnymi przez różnych nauczycieli lub też pozostawianie mnie i innych kolegów po lekcjach co w naszej gwarze uczniowskiej nazywaliśmy „koza”. W zależności od stopnia przewinienia dostawało się 1-2 lub 3 godziny „kozy”. Polegało to na tym, że wszyscy uczniowie z klasy po lekcjach szli do domu, a ukarani siedzieli w klasie zamknięci na klucz i odbywali karę.

 

Kiedy uczyłem się w trzeciej klasie zdarzył mi się pewien incydent, który w późniejszym czasie bardzo odczuliśmy na własnej skórze. Otóż w czasie lekcji śpiewu ja i trzech moich kolegów trochę narozrabialiśmy i pani nauczycielka zostawiła nas w „kozie” na trzy godziny. W czasie tak długiego zamknięcia nikt nas nie odwiedzał ani nie zaglądał do klasy. Mnie i moim kolegom zachciało się siku. Wołaliśmy i waliliśmy w drzwi żeby wypuszczono nas do ubikacji jednak nikt nie przyszedł. Nie wiem, który z nas wpadł na pomysł żeby nasikać w blaszane skrzynki, które były zawieszone pod parapetem okiennym i służyły jako zbiorniki na wodę spływającą z parapetu. Pomysł chwycił i  załatwiliśmy się do tych zbiorników.  Jednocześnie postanowiliśmy, że nikomu o tym co zrobiliśmy nie powiemy. Przez kilka dni zbiorniki sobie wisiały i pewnie nie było by z naszego postępku sprawy gdyby nie przypadek. Otóż na jednej z lekcji rachunków pan Jarmusz wywołał do tablicy koleżankę. Wywołana tak pechowo przechodziła między oknami a ławkami, że zahaczyła o zbiornik i ten z łoskotem upadł na podłogę i jego zawartość się wylała. W klasie zaczął unosić się znaczny fetor i p. Jarmusz zaczął dochodzić do tego co tak śmierdzi i po krótkim czasie odkrył, że „ktoś” załatwił swoje potrzeby do zbiornika, a przy okazji stwierdził, że w drugim zbiorniku jest to samo. Zapytał klasę: „Kto to zrobił”? Zapadła cisza i nikt się nie przyznał a mnie i moim kolegom dusza siedziała na ramieniu.  Wówczas pan Jarmusz powiedział: „Ja wam „bedlaki” (nie mówił „bydlaki”) udowodnię, kto to zrobił” i faktycznie udowodnił zanim skończyły się lekcje. Domyśliliśmy się, że w czasie przerwy, w pokoju nauczycielskim dowiedział się kto ostatni siedział w „kozie”. Pech chciał, że my byliśmy tymi ostatnimi. Po przerwie przychodzi na lekcje (chociaż to nie były rachunki) a wraz z nim kierownik szkoły. Blady strach padł na mnie i na moich kolegów. Zanim usiedliśmy w ławkach pan Jarmusz powiedział: „No i co „bedlaki”, nie przyznaliście się do winy a ja już wiem kto to zrobił”. Chwile popatrzył po klasie i wymienił nasze nazwiska. Zostaliśmy wywołanie przed oblicze klasy i pan kierownik strasznie na nas nakrzyczał po czym wyszedł z klasy. Po wyjściu kierownika dopiero zaczął się cyrk. Dostaliśmy tak w skórę, że aż wszystkiego się nam odechciało. Dodać trzeba, że pan Jarmusz miał swoistą metodę bicia: Lewą ręką łapał za włosy za lewym uchem a prawą ręką bił gumowym paskiem po łydkach i udach. Kto miał krótkie włosy tego łapał za ucho.

 

Po takiej „lekcji bicia” na łydkach i udach długo się nosiło „kiełbasy” zanim zniknęły. Opisany wypadek miał miejsce kiedy już było ciepło i nosiliśmy krótkie spodnie. Latem, po takim biciu gdy się szło do domu po lekcjach to robiło się uniki, żeby mama lub tata tego nie zauważyli bo nie raz w domu była „poprawka”.

 

Jak już wspominałem kierownikiem szkoły był pan Józef Katkiewicz. Był to mężczyzna dobrze zbudowany, wysoki, znakomitej postury. Był kulawy i zawsze chodził podpierając się laską. Laska ta bardzo często służyła do wymierzania kar dyscyplinarnych dla „wyróżniających” się uczniów. Żona pana kierownika tez była nauczycielką lecz ona mnie nie uczyła. Przeciwieństwem pana kierownika był mój wychowawca, pan Jarmusz. Był on bardzo niski i szczupły, jak się mówiło miał „metr pięć z włosami”. Był on strasznie nerwowy. Gdy tylko zdenerwował się na lekcji to wchodził za tablicę i wycierał chusteczka nos. Prawdopodobnie leciała mu z niego krew. Na jego lekcjach była zawsze cisza jakby makiem zasiał. Za każde przewinienie karał delikwenta swoją, wyżej opisana „metodą”. Pan Jarmusz od pierwszej do piątej klasy uczył nas rachunków. Kto nie umiał zadanej lekcji to zawsze swoje dostał. Jak mówił pan Jarmusz: „Przez nogi i tyłek wbijał nam rozum do głowy”.

 

Szczególny strach i duże emocje budziły lekcje, na które przynosił poprawione zeszyty z wypracowaniami klasowymi. Wówczas siadał wychowawca za katedrę i dzielił zeszyty, jedne na prawą stronę, drugie na lewą. Po tym podziale zeszyty z prawej strony kazał rozdac dyżurnemu klasy, a po zeszyty z lewej strony, w których widniała ocena niedostateczna wywoływany uczeń sam przychodziło do katedry po swój zeszyt. Pan Jarmusz pytał: „Kiedy ty „bedlaku” nauczysz się liczyć”? Po tym wstępie uczeń otrzymywał „swoja porcję” gumą po nogach a ilość otrzymanych razów zależała od ilości popełnionych błędów.

 

Po tylu latach oceniając mojego wychowawcę należy stwierdzić, że był on dobrym i wymagającym nauczycielem. Chciał naprawdę nauczyć nas swojego przedmiotu, a że często sięgał po swoja gumę do bicia to zmuszała go do tego sytuacja wytworzona przez uczniów, szczególnie przez tych, którzy powtarzali klasę.

 

Pan Jarmusz oprócz rachunków uczył nas jeszcze robót ręcznych. Śpiewu i rysunków uczyła nas pani Sadowska. Była to nauczycielka niskiego wzrostu, filigranowa. Pani Sadowska bardzo rzadko stosowała kary cielesne. Częściej stosowała karę pozostania po lekcjach czyli siedzenia w „kozie”. Ponadto uczyli mnie także inni nauczyciele. Pani Krygier uczyła geografii. W czwartej klasie uczyła również moja była ochroniarka, pani Zacniewska. Jej przedmiotem była historia.

 

Gdy chodziłem do piątej klasy do szkoły przybył nowy nauczyciel a był nim Zenon Grzegorzewski, mój brat cioteczny. Uczył nas po pani Sadowskiej śpiewu i języka polskiego. Pan Grzegorzewski był również bardzo surowy i bardzo często sięgał do kar cielesnych a bił drewnianym metrem po tyłku. Mimo, że był moim bratem ciotecznym to z tego tytułu mnie nie oszczędzał. Jak zawiniłem obrywałem na równi z innymi. Mało tego, że byłem przez niego karany to jeszcze mówił o karze mojemu ojcu co powodowało przykre konsekwencje dla mnie tym razem ze strony taty.

 

W szkole prowadzone były również lekcje religii. Gdy rozpocząłem swoja naukę religii uczył ksiądz Ślesiński. Prowadził on swoje lekcje bardzo dobrze i ciekawie tak, że uczniowie pilnie go słuchali. Ks. Slesiński był bardzo dobrotliwy, nikogo nie karał ani kara cielesna ani „kozą”. Gdy chodziłem do trzeciej klasy przeniesiono go na inna parafie a na jego miejsce przyszedł ksiądz Paluch. Miał on podobne cech jak ksiądz Ślesiński. Na jego lekcjach było cicho i spokojnie. Nie stosował żadnych kar w stosunku do uczniów.

 

Od połowy czwartej i w piątej klasie uczył nas proboszcz Krchniak. Był to młody ksiądz, bardzo wymagający na lekcjach religii. Do zadawał dużo prac domowych a szczególnie nauki na pamięć poszczególnych działów katechizmu. Biada była temu kto się nie nauczył a ksiądz był konsekwentny. Co zadał na następnej lekcji sprawdzał. Kto się nie nauczył dostawał tak zwana „łapę” raz lub więcej w zależności od stopnia nie nauczenia się. Ks. Krchniak miał swoista metodę bicia. Posiadał okrągła trzcinkę o średnicy 1,5 cm i długości około 40 cm. i nosił ja w kieszeni sutanny. Jeżeli jakiś uczeń się nie nauczył lub coś zbroił to musiał wyciągnąć rękę do góry dłonią a ksiądz w nią uderzał. Jeżeli uczeń cofnął rękę to kara liczyła się podwójnie. Po takim uderzeniu ręka momentalnie puchła jak bania. Ja za poprzednich księży nie miałem trudności z nauką religii ale za księdza Krchniaka trudności takie powstały i na półrocze w piątej klasie otrzymałem dwóję. Ks. Krchniak swoją trzcinkę nazywał „Franusiem”. Muszę się przyznać, że dość często miałem „przyjemność” kontaktu z „Franusiem”.

 

Nowość jaką wprowadził ks. Krchniak to obowiązek uczestnictwa co niedzielę w mszy świętej. W celu sprawdzenia czy uczniowie chodzą do kościoła wyznaczył z klasy jedną uczennicę i jednego ucznia, którzy mieli odpowiednie zeszyty i wpisywaliobecność ucznia w kościele. Obowiązkiem uczni było stać w kościele przy samym ołtarzu, tak żeby sprawdzający go zauważył. Na pierwszej po niedzieli religii następywało rozliczenie tych, którzy nie byli w kościele. Rozliczenie polegało na tym, że uczeń czy uczennica otrzymywali odpowiednia karę czyli kontakt z ”Franusiem”.

 

Ja osobiście miałem jeden konflikt z ks. Krchniakiem ale poza szkołą. Ksiądz Krchniak przygotowywał nas do pierwszej komunii świętej. Lekcje religii nie odbywały się szkole tylko w kościele. Gdy pierwszej lekcji w kościele już wychodziliśmy do domu pociągnąłem dość mocno koleżankę za włosy aż głośno zapiszczała. Ksiądz to zauważył i zaczął mnie wołać a ja ze strachu przed karą uciekłem. Ojca w domu nie było a mamie nic nie powiedziałem. Dopiero gdy była następna lekcja religii mama zapytała czemu na nią nie idę. Odpowiedziałem, że ksiądz zwolnił mnie z religii ponieważ na przystąpienie do komunii jestem jeszcze za młody. Mama przyjęła moją odpowiedź do wiadomości i tak mi się upiekało aż do przyjazdu taty. W niedzielę, po nabożeństwie ksiądz spotkał się z tatą i wprost zapytał: „Panie Zygmuncie czemu to Kazik nie przychodzi na lekcje przygotowujące do pierwszej komunii świętej? Nie wiem” – odpowiedział ojciec – „zapytam się żony”. Wieczorem, po przyjściu do domu tata zawołał mnie i zapytał czemu nie chodzę na lekcje katechizmu. Ja podtrzymywałem swoją wersję, która powiedziałem mamie. Tata tylko powiedział: „Ach, tak”. Co się dalej działo to jest trudne do opisania. W każdym bądź razie było potężne lanie paskiem po tyłku. W wyniku tego musiałem chodzić na lekcję katechizmu i do pierwszej komunii świętej przystąpiłem razem ze wszystkimi. Skorzystałem tylko na tym, że w skórę dostałem od ojca a nie od księdza.

 

Rok 1935 szczególnie utkwił mi w pamięci ponieważ wydarzyły się w nim trzy istotne wydarzenia:

 

  1. W maju spalił się nasz dom.
  2. Zmarł Naczelnik Państwa marszałek Józef Piłsudski.
  3. Urodziła się najmłodsza siostra Krystyna.
 

Dom nasz stał przy ulicy Senatorskiej. Ściany miał zrobione z gliny, poddasze było z drewna, dach od strony ulicy pokryty był dachówka a od strony ogródka małymi deskami. Składał się z następujących pomieszczeń: Były dwa pokoje i kuchnia, od strony podwórka była sień, z której prowadziły drzwi do naszej kuchni i do pokoju gdzie mieszkał dziadek z babcią. Moja rodzina zajmowała pokój z kuchnią od strony ulicy. W podwórku była mała obórka, w której mama hodowała kury oraz stała nasza karmicielka, krowa czerwono – biała, która ja nazwałem „gomułą” ponieważ nie miała rogów.

 

W piękną, słoneczną, majową niedzielę, niemal wszyscy dorośli domownicy byli w kościele na nabożeństwie. Ja z siostrami byłem w domu razem z mamą, która przygotowywała obiad. W trakcie jego gotowania mama usłyszała huk tak jakby coś ciężkiego upadło na strychu. Zajrzała tam i stwierdziła, że pod dachem szaleje ogień. W tym samym czasie pożar zauważył ksiądz, który akurat wygłaszał kazanie z ambony. Przerwał je i krzyknął: „Pali się dom!

 

Wszyscy ludzie natychmiast opuścili kościół i znaleźli się przy pożarze. Niebawem przybyła tez straż pożarna z sikawką i konne beczkowozy, które dowoziły wodę do sikawki ze stawu koło młyna. W wyniku przeprowadzonej przez straż pożarną akcji ratunkowej oraz licznie zgromadzonych ludzi całe nasze mienie zostało uratowane. Nic się nie spaliło i uratowano również obórkę. Po ugaszeniu ognia z domu pozostały tylko ściany i komin, który zresztą zaraz przewrócono bo jak się później dowiedziałem, że gdy w wyniku pożaru obali się komin to należy się wtedy wyższa „fajerkasa” czyli odszkodowanie za dom z ubezpieczenia od pożaru.

 

W tym samym dniu wprowadziliśmy się do sąsiada, pana Dobersztajna, Niemca. Jego dom od naszego dzielił tylko niewielki plac, własność żydowska, na którym stała kiedyś bożnica. Ja tylko z bożnicy zapamiętałem tylko resztki murów.

 

U pana Dobersztajna otrzymaliśmy pokój z kuchnią, w którym zamieszkaliśmy razem z dziadkami Pomorskimi do czasu aż ojciec z dziadkiem postawili nowy dom. W lecie tego samego roku rozebrane zostały pozostałe po spaleniu mury i zaczęto zwozić materiał na nowy dom.

 

W tym samym miesiącu pani nauczycielka powiedziała na lekcji, że w Warszawie zmarł Naczelnik Państwa Polskiego, marszałek Józef Piłsudski. Nie wiedziałem, kto to jest i co on takiego zrobił dla Polski. Pani pokazała na jego portret i opowiedziała o zasługach J. Piłsudskiego dla odzyskania niepodległości oraz opowiedziała jego życiorys. Bardzo tą śmiercią się przejęliśmy a szczególnie gdy pani od nauki śpiewu uczyła nas piosenki o śmierci Pana Marszałka Józefa Piłsudskiego. Mimo, że chodziłem do pierwszej klasy i upływu 54 lat tę piosenkę zapamiętałem w całości. Brzmi ona następująco:

 

„To nieprawda, że Ciebie już nie ma,

To nie prawda, że leżysz już w grobie,

Chociaż płacze cała polska ziemia,

Cała polska ziemia w żałobie.

Choć twe serce Ci więcej nie bije,

Chociaż spoczął na wieki miecz dzielny,

W naszych sercach jak żyłeś tak żyjesz,

Ukochany wodzu nieśmiertelny.

Zgasło słońce tym orlim oczom,

Ale myśmy do boju gotowi,

Nie spoczniemy jak żeś Ty nie spoczął

Aż będziemy jak Ty posągowi.”

 

Może było więcej takich zwrotek ale tylko te trzy zapamiętałem.

 

W lecie tegoż samego roku, w dzień bardzo ciepły i słoneczny babcia wygoniła mnie z domu żebym sobie „polatał”. Nie wiem co w tym czasie w domu się działo w każdym bądź razie po powrocie z „latania” babcia powiedziała mi, że: „Bocian przyniósł mi siostrzyczkę” i czy jestem z tego zadowolony. Chyba powiedziałem, że tak. Siostra najmłodsza otrzymała na imię Krystyna.

 

Szkoła szła mi dobrze, przechodziłem z klasy do klasy i rodzice nie mieli żadnych problemów związanych z moją nauką. Gorzej przedstawiała się sprawa z zachowaniem się na lekcjach i w czasie przerw. Byłem dzieckiem bardzo ruchliwym i niespokojnym i  z tego powodu często otrzymywałem kary od nauczycieli. Pewnego razu pan Jarmusz napisał mi w dzienniczku ucznia uwagę, że źle zachowywałem się na lekcji. Dzienniczek ten musieli podpisywać rodzice a na drugi dzień w szkole nauczyciel sprawdzał czy uczeń przedstawił dzienniczek rodzicom. Ja tych uwag miałem już wpisanych kilka i były podpisane przez rodzica a po takiej uwadze w domu również się dostawało odpowiednią „porcję”. Tę uwagę, którą wpisał mi pan Jarmusz nie pokazałem w domu rodzicom a sam podrobiłem podpis ojca. Widocznie źle to zrobiłem ponieważ p. Jarmusz przy sprawdzaniu zorientował się, że podpis jest podrobiony. Zapytał mnie czy to ojciec podpisał. Odpowiedziałem, że tak. Nie uwierzył i dzienniczek zatrzymał do wyjaśnienia. Skutek tego był taki, że otrzymałem dwie duże kary, jedną od  pana Jarmusza a drugą od ojca.

 

Poza drobnymi incydentami życie w szkole płynęło swoim biegiem. Przechodziłem z klasy do klasy bez żadnych trudności. W 1939 roku ukończyłem piątą klasę i  miałem przejść do klasy szóstej lecz niestety dalszej mojej edukacji przeszkodził wybuch wojny 1 września 1939 roku.