Księga gości

Wspomnienia bobrownickie Rozdział 3

 

Żywicielka Wisła

 

Jak już wspominałem mój ojciec oraz dziadek Pomorski pracowali na Wiśle. Ojciec posiadał dużą łódź, która była miejscem pracy dla dwóch osób. Dziadek miał trochę mniejszą ale na niej też pracowało dwoje ludzi. Oprócz większej dziadek miał też mniejszą łódź służącą do połowu ryb. Duże łodzie posiadali i inni mieszkańcy Bobrownik. Z tych, których pamiętam, posiadali  je: Bolesław Piotrowski i Czesław Piotrowski (rodzina ze strony mamy), Wacław Krażewski a także inni. Natomiast małe łódki służące do połowu ryb posiadali między innymi: Kazimierz Stróżyna, Zieliński, Biernat, Wacława Stróżyna. Dwie małe łódki posiadali panowie Norbert Kopczyński i Bolesław Nowak. Łódki te były państwowe i służyły im do zakładania „bakanów” i wiech, które wyznaczały tor wodny dla żeglugi pasażerskiej i towarowej.

 

Łódki małe jak również duże tak zwane „baty” konstruowano nad brzegiem Wisły a następnie wodowano co było okazja do „oblania”, żeby łódka dobrze się sprawowała na wodzie. Budową łodzi czy łódek zajmował się pan Biernat, Czesław Piotrowski jak również mój dziadek Pomorski. Budowa łodzi dużej czy małej rozpoczynała się od wyszukiwania w lesie odpowiednich drzew sosnowych. Na małą łódkę wystarczała mała sosna a na dużą dwie o odpowiedniej grubości i długości. Ważne też było aby wybrane drzewo nie było w środku zmurszałe. Jednocześnie szukano drzew lub dość grubych, krzywych konarów na wręgi. Zakupione sosny zawożono na brzeg Wisły gdzie do pracy przystępowali tracze.

 

Dziadek autora Stanisław Pomorski  (zdjęcie sprzed I wojny św.)

 

Praca traczy polegała na tym, że na „kobyłach” układali drzewo i specjalna piłą piłowali je na odpowiedniej grubości deski. Jeden tracz stał na górze  na klocu a drugi na dole pod klocem i w ten sposób piłowali drzewo. Takim traczem był w Bobrownikach pan Kazimierz Skalski, który nie tylko piłował drzewo na łódki ale również na wszystkie budynki mieszkalne i gospodarcze. Otrzymane w  ten sposób deski odpowiednio układano tak żeby wyschły i się nie zwichrowały.

 

Po wyschnięciu desek robiono podstawy, na których budowano łódź. Do budowy łodzi używano specjalnych gwoździ robionych ręcznie przez kowala. Po zbudowaniu łodzi przewracano ja do góry dnem i przystępowano do uszczelniania miejsc gdzie deski były zbijane. Uszczelniano te miejsca pakułami przy pomocy sztamajzy czyli dłuta i drewnianego młotka. Po uszczelnieniu pakuły zalewano pakiem węglowym na gorąco. Po wykonaniu tych czynności całą łódź smołowano i odwracano stępką do dołu. Po wyschnięciu łódź spychano do wody i sprawdzano jej szczelność. W ten sposób powstawało miejsce pracy dla ludzi.

 

Duża łódź o długości około 12 – 15 metrów posiadała w tylnej części budę, która służyła robotnikom jako mieszkanie do spania i ukrycia się przed deszczem. W części dziobowej stał kołowrót służący do wyciągania kotwicy jak również do wyciągania z dna Wisły dużych i ciężkich przedmiotów. Za kołowrotem znajdowała się ławka, w której zamocowany był odpowiedniej grubości maszt, do którego przymocowany były bloki, u góry i na dole połączone grubymi linami. Służyły one do wyciągania ciężarów. Po obu bokach od ławki do budy zamocowane były bale, po których chodzili robotnicy. Środek łodzi przeznaczony był do ładowania urobku z Wisły.

 

 

Bat - łódź opisana powyżej przez autora. W tle ruiny zamku w Bobrownikach. Zdjęcie z ok. pocz. lat 60 XX w. autorstwa Józefa Spornego z Nieszawy

 

 

Z dna Wisły wyciągano w zależności od potrzeb kamienie, żwir lub piasek. Kamienie wyciągano za pomocą dużych grac osadzonych na długich drągach. Ciężkie kamienie wyciągano za pomocą kołowrotu. Żwir wydobywano przy pomocy tak zwanych „Kaszorów”, które wykonane były z cienkiego drutu i obręczy blaszanych. Piasek natomiast wydobywano wiadrami, które miały małe dziurki do odcedzania wody.

 

Pracę na Wiśle przy wydobyciu kamieni, żwiru czy piachu kontynuowano od wiosny do późnej jesieni. Pracowano w rejonie Bobrownik ale też bardzo często wyjeżdżano w górę Wisły do Warszawy albo w dół do Torunia, Tczewa czy Grudziądza. Jeżeli pracowano w rejonie Bobrownik to w zależności od uzyskanego urobku przybijano do brzegu na rafach poniżej zamku i łodzie rozładowywano żeby były gotowe do następnego rejsu.

 

Po zgromadzeniu większej ilości urobku kamienie układano w metry sześcienne,  żwir i piach w odpowiednie kupy a przy sprzedaży obliczano metry sześcienne. Po tak przygotowany urobek przyjeżdżał kupiec i odbierał go płacąc odpowiednią sumę pieniędzy. Następnie holownik podprowadzał berlinki, które ładowali ci sami robotnicy za odpowiednim wynagrodzeniem. Po załadowaniu berlinek, jednej lub dwóch przypływał holownik i zabierał je w górę lub dół Wisły.

 

Jeżeli pracowano z dala od Bobrownik to do domu przyjeżdżali robotnicy bardzo rzadko, raz na dwa tygodnie, częściej lub rzadziej w zależności od odległości gdzie pracowali. Łodzie natomiast pozostawały na miejscu pracy i pilnował je jeden z robotników. Po skończonym sezonie wracano do domu łodziami. Jeżeli wracano z górnej Wisły to przypływano z prądem a jeżeli z dolnej Wisły to przy sprzyjającym wietrze pod żaglami a czasem za opłatą przyczepiano się do berlinek, które ciągnął holownik i w Bobrownikach kończono rejs. Innym sposobem był powrotu z dołu Wisły był taki, że jeden z robotników szedł po lądzie i ciągnął łódź za pomocą liny, która była przymocowana do masztu a drugi siedział przy sterze i pomagał popychając łódź wiosłem.

 

Mój tata będąc właścicielem łodzi miał za wspólnika początkowo Wacława Wołowskiego a później Kleofasa Zacniewskiego. Dziadek Pomorski miał mniejszą  łódź i pracował na niej sam.

 

Ja osobiście bardzo czekałem na powrót ojca i dziadka z dużą niecierpliwością. Jeżeli przypływali z góry Wisły to cierpliwie czekałem nad brzegiem rzeki i obserwowałem czy już płyną. Natomiast gdy powrót był z dołu Wisły to patrzyłem czy ciągnie ich holownik czy płyną pod żaglami. Jeżeli wracali do domu ciągnąc łódź przy brzegu to daleko wybiegałem w dół Wisły. Tam tata czy dziadek zabierali mnie na łódź a w łodzi kazali mi wejść do budy. W budzie były różne smakołyki (cukierki, ciastka, wyroby masarskie i inne) i tam dopiero ucztowałem! A trzeba przyznać, że tych różnych smakołyków mieliśmy na co dzień brak.

 

Przystanią dla wszystkich łodzi i łódek rybackich była tak zwana fosa. Była to część Wisły o szerokości około 80 – 100 metrów i głębokości od ok. 0,5 do 3 metrów. Oddzielała ona prawy brzeg rzeki od zamku. Za zamkiem był główny nurt o szerokości około 800 – 1000 metrów a na lewym brzegu rozciągały się Kujawy. Nie wiem skąd się to powstało, że kujawiaków przezywano „cebularzami” a na bobrowniczan kujawiacy nazywali „baniarzami”.

 

Zimą, gdy skończył się sezon mój tata i inni nie pracujący w tę porę mężczyźni czekali aż Wisła zamarznie. Gdy rzekę skuł gruby lód wyznaczano przez nią drogę z Kujaw do Bobrownik. Tata i jego koledzy kuli lód, wyrównywali go, polewali wodą aby zamarzając był mocniejszy i sypali piaskiem. Droga oznaczona była gałęziami wierzby. Na jej kujawskim końcu stał ojciec lub ktoś inny i pobierał opłatę za przejazd. Z Kujaw przyjeżdżało dużo wozów po opał do bobrownickich lasów. Kiedy już nabrano drewno na wozy powracający już za przejazd za Wisłę nie płacili.

 

Beztroskie zabawy

 

Nazywaliśmy go „zamkiem” a w rzeczywistości były to fragmenty murów obronnych po zamku zbudowanym przez Krzyżaków. Mury te były dość wysokie i nie łączyły się w jedną całość. Na zamek można było się dostać łódką lub przez wodę pieszo. Był on miejscem naszych młodzieńczych zabaw. Wchodziliśmy na mury i drzewa i przeważnie bawiliśmy się w „chowanego”. Wchodzenie na mury było bardzo niebezpieczne ponieważ każdej chwili mogła oberwać się cegła i można było spaść a to groziło śmiercią. Byliśmy młodymi chłopakami i nie zwracaliśmy żadnej uwagi na grożące niebezpieczeństwo.

 


Ruiny zamku bobrownickiego. Na zwaliskach wieży zamkowej młodzież z Bobrownik. (1934 r.)

 

Z zamkiem były związane legendy. Pierwsza to, że na zamku straszy ale nikt z nas nie miał odwagi żeby pójść do niego wieczorem i przekonać się czy to prawda. Druga to, że na zamku zakopane są skarby. Pamiętam, że były próby szukania skarbu przez ludzi, którzy robili to nocą. Świadczyły o tym pozostałe wykopane głębokie doły, które zawsze musieliśmy obejrzeć. Czy znaleziono skarb czy nie tego nikt nie potrafił powiedzieć.

 

Poniżej murów rosły bardzo wysokie topole, na których pełno było gniazd gawronów, które my nazywaliśmy gapami. W okresie letnim, kiedy gapy miały młode już dość wyrośnięte, na krótko przed opuszczeniem gniazda przyjeżdżali jacyś panowie z Włocławka i zabierali wszystkie młode. Na miejscu zabijali je i patroszyli. Na nasze pytanie dlaczego to robią odpowiadali, że część sami zjedzą a część sprzedadzą jako kurczaki. Dziwiliśmy się jak oni mogą jeść takie gapiaki.

 

Ruinami zamku opiekował się pan Wiktor Zanicki i kiedy widział nas, że my na zamku grasujemy to gonił nas i bieda temu była kogo złapał bo wówczas taki delikwent otrzymywał odpowiednia porcję w tyłek. Ponadto pan Zanicki na zamku pasał krowy, które przeganiał przez fosę. Fosa dzieląca brzeg rzeki od zamku nie tylko służyła jak przystań dla łódek ale nam, chłopakom przede wszystkim służyła jako miejsce do kąpieli. Jak tylko w miesiącu kwietniu dwa, trzy dni słońce przygrzało to my, chłopcy już się kąpaliśmy. Skutki tej kąpieli były różne. Przede wszystkim przeziębienie jak również owrzodzenie. Rodzice nam zabraniali się tak wcześnie kąpać bojąc się abyśmy nie zachorowali czy utopili się. Jednak my znaleźliśmy sposób na rodziców żeby nas nie złapali na kąpieli. A sposób był prosty: Gdy wszyscy się kąpali to jeden czuwał na brzegu a był on wysoki na ok 2 metrów. Jak obserwator zauważył, że idzie ktoś z rodziców nad Wisłę wówczas wołał do zainteresowanego na przykład: „Kazik ojciec idzie”. Wtedy był błyskawiczny wyskok z wody, łapało się swoje ubranie i bieg poniżej skarpy około 100 metrów w górę rzeki bo tam rosły krzaki. Po minięciu niebezpieczeństwa wracało się po kąpieli drogą okrężna do domu. W domu nikt nie mógł poznać czy się kąpało czy nie bo głowy mieliśmy obcięte na zero a kąpaliśmy się nago.

 

Między łąkami pana Wolstendorfa a fosą była łąka gminna, na której posiadający krowy wypasali je. Trawa na tej łące była tak mizerna, że pasące się krowy czy kozy nigdy się nie najadały. Przewaznie uciekały na pole pana Wiktora Zacniewskiego, Władysława Durniata lub też na łąkę Wolstendorfa. Jak my to nazywaliśmy, uciekały w szkodę. Właściciele tych pól czy łąki gdy złapali krowę to ja zajmowali i rodzice musieli po nią iść i odebrać. W domu za taki przypadek było odpowiednie „błogosławieństwo” na tyłek.

 

Gdy właściciel na którego ziemi krowa wyrządziła szkodę złapał chłopaka ją pasącego to dostawał on w skórę a w domu była poprawka. Trzeba przyznać, że upilnowanie krowy na tak mizernej łące było bardzo trudne ponieważ główna przeszkoda była Wisła i człowiek więcej myślał o kąpieli niż o pilnowaniu krowy.

 

Gminna łąkę nazywaliśmy „parchonie”. Parchonie nie służyło nam tylko do pasienia krów czy kóz ale także bardzo często przychodziliśmy tu z całą klasą na różne gry i zabawy. Na parchoniu graliśmy w palanta a w niedzielę po nabożeństwie bardzo często w palanta grali mężczyźni dorośli a prawie całe Bobrowniki ich oglądały i kibicowały grze. W okresie letnim na parchoniu były bardzo często urządzane potańcówki tak zwane „majówki”. Była to wielka atrakcja dla nas chłopaków. Majówki urządzano także na zamku. Wówczas dorosłych przewożono przez fosę łódkami a my przechodziliśmy ja w bród.

 

Wisła – okno na świat

 

Rzeka Wisła była nie tylko żywicielką dla większości mieszkańców Bobrownik ale była również bardzo ważnym szlakiem komunikacyjnym. Kursowały po  niej statki pasażerskie w górę i w dół rzeki i można było się nimi dostać do Krakowa czy też Gdańska.

 

W Bobrownikach była przystań, na której była tablica z „rozkładem jazdy”, do której przybijały statki i zabierały pasażerów lub towar. Towarem tym były przeważnie owoce takie jak śliwki, grusze, jabłka zapakowane w tak zwane „kipy” czyli duże, wiklinowe, plecione kosze. W okresie gdy poziom wody w Wisłę był bardzo niski statki do przystani nie przybijały a pasażerów dowożono i przewożono łódkami. Statki kursowały bardzo punktualnie w górę i dół rzeki co dwie godziny. Oprócz zwykłych statków pasażerskich dwa razy w ciągu dnia kursowały tak zwane statki luksusowe, które nie zawijały do przystani w Bobrownikach.

 

Statki pasażerskie, które kursowały po Wiśle były parowe i miały po obu burtach koła, za pomocą za pomocą których poruszały się po wodzie. My nazywaliśmy je „bocznokołowcami”. Bardzo interesowałem się tymi statkami, miałem ich „rozkład jazdy”  i znałem ich wszystkie nazwy a nawet kiedy statek zbliżał się do przystani i gwizdał syreną to po jego sygnale wiedziałem jak się on nazywa. Moim młodzieńczym marzeniem było zostać kapitanem takiego statku ale marzenie się nie spełniło. Marzenie moje się utwierdziło kiedy kilka razy odbyłem podróż statkiem z Bobrownik do Włocławka i z powrotem. W czasie wakacji na tydzień czasu jeździłem w towarzystwie mamy do ciotki, która mieszkała we Włocławku. Tam mnie mama zostawiała a po tygodniu zabierała. Była to dla mnie wielka frajda i przeżycie a ile później było opowiadań o tej podróży to trudno opisać.

 

Ze statków, które pływały po Wiśle zapamiętałem: „Kazimierz Wielki”, Władysław Jagiełło”, „Władysław Warneńczyk”, „Kazimierz Jagiellończyk”, „Stanisław Wyspiański”, „Bolesław Chrobry”, „Romuald Traugutt”, „Hugo Kołłątaj”, „Tadeusz Kościuszko”, „Fredro” – dwukominowy, luksusowy statek i inne.

 

Bocznokołowiec wiślany "Romuald Traugutt". Zdjęcie z okresu dwudziestolecia międzywojennego.

 

Oprócz statków pasażerskich po Wiśle kursowały holowniki, które ciągnęły barki, które my nazywaliśmy berlinkami w górę lub w dół rzeki załadowane różnymi towarami. Statki holownicze w odróżnieniu od pasażerskich miały koła napędowe z tyłu. Holowniki ciągnęły berlinki jedna za drugą powiązane ze sobą. Ilość holowanych berlinek była różna, od dwóch do ośmiu sztuk. W górę Wisły berlinki były ciągnione jedna za drugą a w dół rzeki sczepione jedna obok drugiej, dwie lub trzy obok siebie i przeważnie były dwa zestawy po trzy berlinki. Berlinki były kryte lub otwarte. Po Wiśle kursowały holowniki, które ciągnęły tak zwane promy. Promy służyły przede wszystkim do przewozu kamieni, które służyły do budowy główek (główka - ostroga rzeczna - kamienna lub faszynowa budowla na brzegu rzeki, mająca na celu odepchnięcie nurtu dla ochrony brzegu przed podmywaniem), oraz przewoziły żwir, piasek i faszynę. Były to holowniki i promy państwowe.

 

Ostatnimi statkami, które płynęły w górę Wisły przed samym wybuchem wojny i holowały za sobą pontonowe mosty wojskowe były „Leszek Biały” i „Nadzieja”. Statki te wraz z pontonami na początku września zostały zatopione przez załogę ponieważ już nie zdołały uciec przed Niemcami. „Nadzieja” została zatopiona powyżej zamku a „Leszek Biały” 1 kilometr w górę rzeki od „Nadziei”. Statki te i pontony nigdy nie zostały podniesione z dna Wisły. My natomiast mieliśmy dużą frajdę z zatopionych statków ponieważ bardzo dużo drobnych rzeczy żeśmy ściągnęli z nich do domu. Były to latarki naftowe, różnego rodzaju narzędzia, paski skórzane i wiele innych rzeczy. Były to dla nas przedmioty bardzo cenne ponieważ były to rzeczy wojskowe. Z dziadkiem Pomorskim małą łódką przywieźliśmy bardzo dużo desek, które potem bardzo się przydały.

 

Dużą atrakcją dla mnie i moich kolegów był też spław drewna Wisłą. Duże ilości grubych pni były ze sobą połączone tworząc tratwy. Spływem takich długich powiązanych ze sobą tratew płynących z prądem w dół Wisły dowodził retman.

 


Spław drewna Wisłą, zdjęcie z okresu międzywojennego