Księga gości

Wspomnienia bobrownickie Rozdział 4

 

Odpust

 

Na Wiśle w sezonie letnim bardzo często można było zobaczyć piękne żaglówki, kajaki, ślizgacze. Żaglówki i kajaki często dobijały do brzegu w Bobrownikach żeby zaopatrzyć się w prowiant lub przenocować. W takich wypadkach zawsze kręciłem się w pobliżu bo można było zarobić parę groszy. Turyści wysyłali chłopaków po zakup różnych rzeczy i za ta przysługę płacili niewielkie sumy. Jak się dostało złotówkę to człowiek był w siódmym niebie. W czasie wakacji do wujka Eluszkiewicza  przyjeżdżał jego brat na wczasy. Ja będąc już większym chłopakiem co dzień przewoziłem go łódką na wyspę, na której się opalał. Rano go zawoziłem a po obiedzie przywoziłem. Za te przysługę otrzymywałem zapłatę po 10 groszy za każdy rejs. Małą łódkę brałem od dziadka, który miał ich dwie, oprócz małej, którą używałem jeszcze dużą. Pan Eluszkiewicz płynął na wyspę tylko w dni słoneczne. Co dzień modliłem się żeby było słońce bo gdy było pochmurno nic nie zarabiałem. Wszystkie pieniądze od pana Eluszkiewicza składałem do skarbonki. Czasem po parę groszy otrzymywałem od ciotek czy wujków a szczególnie od moich rodziców chrzestnych, którymi byli Franciszek Buller i Euzebia Prylińska, rodzeni brat i siostra mojego taty. Bardzo często dawał mi groszaki dziadek Pomorski. Innym źródłem zarabiania pieniędzy było zbieranie po żniwach kłosów żyta czy jęczmienia. Kłosy się zbierało na rżysku lub na miedzach, na których pozostawały kłosy po zbiorach. Kłosy zbierało się w garści, wiązało i składało na kupkę w domu na górce (strychu). Za każdą garść mama płaciła zależnie od jej wielkości od 5 do 15 groszy.

 

Innym sposobem zdobycia pieniędzy było zbieranie starych szmat i butelek. W domu, na strychu miałem swój kąt i tam składałem swoje „łupy”. Znalezienie starych szmat a szczególnie butelek było bardzo trudne ponieważ nie tylko ja je zbierałem. Zbierały je też inne dzieciaki. Butelki to najczęściej znajdywało się na brzegu Wisły. Uzbierane szmaty i butelki czekały, aż pojawi się „szmaciarz”. Był to stary Żyd, który po wsiach jeździł wozem, do którego zaprzęgnięta była zabiedzona szkapa. Żyd swój przyjazd oznajmiał donośnym głosem, głośno nawołując, że handluje różnymi rzeczami. U tego Żyda można było dostać prawie wszystko. Nie licząc zabawek można było szmaty i butelki wymienić na igły, nici, garnki i inne rzeczy. Wartość szmat i butelek oceniał Żyd i w zależności od jego oceny sprzedający otrzymywał od niego odpowiednią rzecz lub jakieś grosze.

 

Pieniądze się zbierało na jeden bardzo uroczysty dzień. Był to odpust w dniu świętej Anny patronki naszego kościoła. W dniu tym już od wczesnych godzin rannych do Bobrownik zjeżdżali różni handlarze, którzy rozkładali swoje stragany przy kościele i rynku. U straganiarzy można było kupić wszystko,  towaru mieli ogromnie dużo i jak mi się wtedy wydawało to co sprzedawali było bardzo ładne. Można było u nich nabyć przeróżne cukierki, pierniki, obwarzanki, wstążki, korale, broszki i inne podobne rzeczy. Mnie jednak one nie interesowały. To co mi się podobało to były korkowce, nożyki różnego rodzaju, pistolety na kapiszony, gwizdki, organki chociaż te ostatnie były zbyt drogie na moją kieszeń. Oprócz handlarzy ze straganami były też inne rozrywki. Dwie albo trzy karuzele, huśtawki na łódkach a wszystko można było osiągnąć lub dosiąść za parę groszy. Dużo starsi chłopcy to nawet zarabiali na odpuście ponieważ karuzele były poruszane mięśniami ludzkimi i oni się do tego najmowali.

 

Ja słodyczy czy ciastek nie kupowałem bo szkoda na to było pieniędzy. Takie rzeczy zawsze kupił ktoś z rodziny, rodzice, dziadkowie czy ktoś z wujostwa. Zaoszczędzone groszaki wydawałem na rzeczy bardziej „przemysłowe”.

 

W dniu odpustu od wczesnych godzin rannych do wieczora cały rynek i przyległe ulice wrzały różnymi odgłosami pochodzącymi z piszczałek, bekasów, gwizdków i strzelanina z korkowców i kapiszonów. Ten jeden wyjątkowy dzień w roku bardzo długo pozostawał w mojej pamięci bo i było co pamiętać. Pieniądze, które gromadziłem przez cały rok wydawałem tego jednego dnia i rozpoczynało się ciułanie nowych do następnego odpustu.

 

Włocławek

 

W czasie wakacji dużym przeżyciem dla mnie było dla mnie to, kiedy dziadek jechał sprzedać złowione przez siebie ryby do Włocławka. Na jego wyjazd czekałem bardzo niecierpliwie nie mogąc się doczekać tego upragnionego dnia. Rejsu do Włocławka był uzależniony od kierunku wiatru a to dlatego, że płynęło się tam pod żaglem, pod prąd Wisły. Jeżeli przez dłuższy okres nie było wiatru z „dołu”  do wówczas płynęło się na „pych” lub doczepiało się do berlinki płynącej w  górę rzeki.

 

W noc poprzedzająca wyjazd nie spałem bo się obawiałem, że dziadek może zapomnieć o mnie i popłynąć do Włocławka sam.  Kiedy już wyruszyliśmy to nieprzespaną noc odsypiałem w łódce. Przed Włocławkiem jeżeli sam się nie zbudziłem to budził mnie dziadek żebym nie przespał tak ważnej chwili. Pierwszy raz gdy byłem we Włocławku to miasto wywarło na mnie tak wielkie wrażenie, że nie zatarły go nawet późniejsze w nim wizyty.

 

Po przyjeździe na miejsce dziadek sprzedawał ryby na rynku. Kupowali je przeważnie Żydzi a we Włocławku było ich bardzo dużo. W czasie gdy dziadek zajmował się sprzedażą ja pilnie obserwowałem co dzieje się w zasięgu mojego wzroku. Po sprzedaniu wszystkich ryb chodziliśmy po sklepach, w których dziadek kupował to co było mu potrzebne. Z moich obserwacji wynikało, że więcej sklepów było żydowskich a mniej było polskich. Nie obyło się nigdy bez tego aby dziadek mi coś nie kupił. Nie mówiąc już o cukierkach to zawsze dostałem jakąś zabawkę.  Po tak spędzonym dniu wracaliśmy do łódki i wracaliśmy do domu. Płynęło się z powrotem bardzo szybko, z prądem Wisły a ja cieszyłem się prezentami, które kupił mi dziadek.

 

Obowiązki i młodzieńcze zajęcia

 

Życie moje młodzieńcze do pewnego okresu czasu płynęło wesoło i  szczęśliwie. W szkole szło mi dobrze nie licząc drobnych incydentów i oczywiście różnych kar otrzymywanych od nauczycieli.  Jednak im byłem starszy tym więcej przybywało mi obowiązków. Ojciec mój oprócz domu posiadał jeszcze 1,5 hektara ziemi na Małych Rybitwach ale ta ziemia nie była moim zmartwieniem. Życie moje zatruwała posiadana przez rodziców nasza żywicielka krowa. Była to krowa  łaciata czerwono – biała bez rogów i ochrzczona została przeze mnie „gomułą”.

 

Obowiązek pasienia krowy przypadł mi w udziale gdy skończyłem 7 lat życia. Nie odbywało się to na naszej ziemi bo tam uprawiało się tylko żyto i ziemniaki. Własnego pastwiska nie mieliśmy. Pasienie na parchoniu nie wchodziło w grę ponieważ „gomuła” nigdy się tam nie najadła. Pozostawały mi więc tylko miedze między polami lub drogi, które były skąpe w trawę. Od momentu, kiedy zacząłem pasać krowę skończyły się dni swawoli i zabaw z chłopakami, którzy nie mieli takiego obowiązku. Cały dzień miałem zajęty. Rano do szkoły, po szkole obiad i szybkie odrobienie lekcji i jazda z krowa w pole. Najgorsze to były niedziele nie wspominając o wakacjach. Wówczas krowa zajmowała mi cały dzień.

 

„Gomuła” była mądrą krowa a mądra była bo była wyszkolona. Pasłem ją za cmentarzem nad łąkami lub na miedzach między polami. Wybierałem miedze tam gdzie rosła saradela i krowa zamiast skubać trawę jadła saradelę i szybko się najadała. Pasienie odbywało się wczesnym rankiem żeby „gomuła” jak najszybciej się najadła a wówczas pędziło się na parchonie lub na rafy i tam krasula sobie przeżuwała a ja wraz z kolegami moczyliśmy się w Wiśle.

 

Właściciele pól , a zwłaszcza tych, na których rosła saradela  gonili nas jak tylko mogli bo wiadomo, że pasąc krowy na ich polu robiliśmy im szkodę. Ja pasąc naszą krasulę na miedzy lub pod łąkami to cały czas prowadziłem obserwację okrężną czy nie idzie przypadkiem właściciel pola. Gdy zauważyłem, że idzie to moją mądrą krowę wystarczyło dwa, trzy razy mocno przycisnąć ją za grzbiet i wówczas trudno było ja utrzymać na sznurku. Biegła ile miała sił w nogach i wchodziła do Wisły po sam brzuch a ja uciekałem w krzaki i pilnie obserwowałem co się dzieje. Ale i tak to mnie nie chroniło od konsekwencji domowych bo okoliczni rolnicy krowę znali i zawsze mówili rodzicom, że wypasam krowę na ich trawie czy saradeli. Ta krowia ucieczka miała tylko te zaletę, że nie złapał mnie gospodarz, bo jeśli złapał to rozprawiał się z pastuchem na własną rękę nie pytając o to o zgodę rodziców  a rodzice jak się dowiedzieli robili poprawkę.

 

Najgorsze były niedzielne popołudnia  bo wszyscy koledzy mieli wolne a ja musiałem wychodzić z krową. Ale i na to znalazłem sposób. Otóż w piątek i sobotę chodziłem na pola i zbierałem do worka zielsko. W ten sposób zabezpieczałem sobie wolny czas w niedzielę a „gomuła” miała co jeść i nie musiałem paść ją po miedzach. Najlepszym okresem pasienia krowy była jesień, pora kiedy rolnicy już skosili i zwieźli siano z łąk za cmentarzem. Na tych skoszonych łąkach spotykali się wszyscy chłopcy pasący krowy a nawet i kozy. Kóz w tym czasie było w Bobrownikach dość dużo. W czasie pasienia krów na łąkach robiliśmy różne rzeczy. Przede wszystkim w ogniu piekliśmy kartofle. Ponieważ o drzewo na ogień było bardzo trudno to gdy go już rozpaliliśmy utrzymywaliśmy go za pomocą „krowianek”. Było to wysuszone na placki krowie łajno. Ziemniaki oczywiście podbierało się z okolicznych upraw. Było to oczywiście związane z pewnym ryzykiem ponieważ jak właściciel złapał kogoś z nas na gorącym uczynku lub też poznał, że z jego pola były podbierane kartofle to wówczas następowały konsekwencje w postaci bicia.. Bardzo często zapieraliśmy się, że to nie my a ktoś inny i to się nie raz udawało. Ziemniaki po upieczeniu dzieliliśmy równo między sobą a czasem starsi chłopacy gdy ziemniaki były już dobre krzyczeli: „Rech!” a to znaczyło, że ogień z ziemniakami się rozwalało i wówczas kto silniejszy i sprytniejszy zabierał najwięcej kartofli. Upieczone ziemniaki jedliśmy ze skórą i oczywiście bez soli i były one częścią naszego wyżywienia gdyż w domu się nie przelewało i nie zawsze był chleb i na chleb a gdy ten chleb już był to gdy mama dawał mi omaszczoną czymś kromkę abym sobie zjadł i wyszedłem sobie z nią na dwór była między nami chłopakami zasada, że jak się spotkało kolegę i on krzyknął: „Spóła!” to trzeba było się z nim swoim chlebem podzielić.

 

Drugim sposobem zdobywania pożywienia w czasie pasienia krów było chodzenie na kradzież owoców do pobliskich sadów. Najbardziej narażony był sad pana Różyckiego, który mieszkał obok cmentarza ale ni tylko jego sad był narażony na nasze zakusy innym tez nie przepuszczaliśmy. Nasza kradzież owoców przez była zorganizowana. Polegało to na tym, że część chłopaków pozostawała przy pilnowaniu krów a część szła do sadów. Po szczęśliwym powrocie kolegów z owocami następował podział na wszystkich w równych częściach dla każdego z nas. Zdobywanie owoców w ten sposób nie było rzeczą łatwą ponieważ właściciele sadów co dzień ich pilnowali ale my z kolei pilnowaliśmy właścicieli, prowadziliśmy za nimi obserwację z ukrycia. Gdy tylko na chwilę właściciel oddalił się z sadu to my jak szarańcza wpadaliśmy i rwaliśmy co się dało, jabłka, gruszki, śliwki, wszystko co można było zjeść. Na narwanie owoców i upchanie ich za koszulą wystarczyło nam kilka minut. Nie raz się zdarzało, że nie zdążyliśmy narwać owoców bo właściciel zbyt szybko wracał i  wówczas kto pierwszy to zauważył dawał sygnał do ucieczki. Kto żyw brał nogi za pas i uciekał gdzie się dało. Pogoń starszego pana za nami nie dawał żadnych rezultatów. Wtedy właściciele sadów pytali chłopców pilnujących krowy kto to mógł być. Oczywiście oni odpowiadali, że nikogo nie widzieli i nie znali. Bardzo często na kradzież owoców szło się w przebraniu żeby pilnujący sadu nas nie rozpoznał.

 

Oprócz chodzenia na owoce chodziliśmy w okresie letnim na groch zwany przez nas „strąkami”. To było trudniejsze bo przede wszystkim trzeba było znaleźć  gdzie groch został zasiany. Aby zlokalizować poletko grochu poszukiwania robiliśmy już na wiosnę. Robiliśmy to w ten sposób, że biegaliśmy uganiając się za fajerką czy kółkiem kręcąc je za pomocą odpowiednią rączki i czujnie rozglądając się dookoła. Poletka grochu, gdy już strąki robiły się już grube były pilnowane przez właścicieli. Biada temu kto dał się złapać lub rozpoznać przy kradzieży grochu. Jeżeli gospodarz złapał delikwenta sam to wymierzał mu odpowiednia karę a nie złapał i rozpoznał to donosił o tym rodzicom a rodzice robili z synkiem rozliczenie w postaci bicia paskiem, rózgą czy ręką, zależnie od ich humoru.

 

Wiosna i lato były najpiękniejszymi porami roku, w czasie którym człowiek młody taki jak ja mógł się wyżyć w różny sposób. Drogo rodziców nie kosztowałem bo już od wczesnej wiosny chodziłem boso nawet do szkoły, w jednych majteczkach bez koszuli a do szkoły nakładałem jakąś bluzkę, którą po lekcjach zdejmowałem. Gorzej przedstawiała się sytuacja w późnej jesieni i zimą gdy już trzeba było chodzić w ubraniu i obuwiu. Ponieważ moja mama była krawcową to ubranie miałem zawsze przerabiane z ubrań taty lub dziadka. Gorzej było z butami. Wprawdzie miałem jedna parę trzewików ale one tylko służyły mi do kościoła a codziennie chodziło się w drewnianych trepach. Trepy miały kapki ze skóry a podeszwy z drzewa olchowego. Fason podobny do dzisiejszych laczków.

 

Zimą poza szkołą jedyną rozrywka dla nas, chłopaków był lód, na którym urządzaliśmy ślizgawkę bądź to na trepach bądź na sankach zrobionych z desek i podkutych grubym drutem lub metalowymi pałąkami od wiader. Przeważnie podkuwano drutami bo pałąki trudno było zdobyć gdyż stare wiadra przechowywano dla szmaciarza. Oprócz sanek, które były prostej konstrukcji robiło się tak zwane „popychacze”. Były to dwa kije długości około 70 cm., w których koniec wbijało się ostry gwóźdź. Chcąc ślizgać się na sankach siadało się na nie, brało do ręki popychacze i odpychało się od lodu a sanki poruszały się do przodu. Prawdziwych sanek kupionych w mieście przed wojną nikt nie widział bo nie było ich za co kupić. Dużo starsi chłopcy robili i mieli sanki podobne do kupnych ale daleko było im do nich.

 

Lodowisko, na którym się ślizgałem było bardzo blisko domu, około 100 m. Przez Bobrowniki przepływa mała rzeczka zwana przez nas rowem. Przy ulicy Nieszawskiej był młyn wodny a przed młynem było małe rozlewisko gdzie spiętrzała się woda z rowu zatrzymywana przez śluzy. Zalewisko to nazywaliśmy stawem. Staw był płytki miał około 50 cm. Głębokość wody uzależniona była od tego czy młyn chodził czy stał. W zimie przeważnie stał bo brakowało wody do napędzania turbiny jako, że rów był skuty lodem. Drugim miejsce do ślizgania była sadzawka położona za szkołą. Na Wisłę nie chodziliśmy się ślizgać bo było to bardzo niebezpieczne i kto tylko z dorosłych na złapał na ślizgawce na Wiśle to gonił nas i bił bez względu czyje to dziecko było.

 

Gdy spadł śnieg to chodziliśmy zjeżdżać z gór albo na ulicy Lipnowskiej albo z ulicy, która prowadziła na Dębinę do dziadka Bullera. Zjeżdżanie z gór było jednak zabronione ponieważ jak się dobrze wyślizgało drogę to żaden wóz konny nie mógł pojechać pod górę a to był już poważny kłopot dla jadących furmankami.