Księga gości

Wspomnienia bobrownickie Rozdział 5

Wojna

 

Wakacje w 1939 roku były podobne do tych z lat poprzednich. Pasłem krowę, kąpałem się w Wiśle z kolegami. Niby wszystko było jak zawsze a jednak pomiędzy starszymi ludźmi dawało wyczuć się pewne podniecenie. Z radia, które było na posterunku policji państwowej i z gazet, które docierały do Bobrownik ludzie dowiadywali się o grożącej Polsce wojnie. Jedni cieszyli się, że wojna z Niemcami wybuchnie, inni nie wierzyli, że do tego dojdzie ponieważ uważali, że Niemcy będą się bali napaść na nas gdyż zostaną wkrótce pobici a zwycięskie,  polskie wojsko wkroczy do Berlina. W przekonaniu tym utrzymywała ich oficjalna propaganda. Plakaty, przyklejane na płotach i tablicach przez wujka Eluszkiewicza, który był woźnym gminnym,  przekonywały, że mamy silną armię i głosiły patriotyczne hasła. Na przykład jeden z takich plakatów przedstawiał marszałka Rydza – Śmigłego a na niebie nad nim eskadry samolotów. Napis na plakacie głosił: „Silni, zwarci, gotowi”. Krążyło również hasło chyba wypowiedziane przez marszałka Śmigłego:  „Nie oddamy nawet guzika” gdy Niemcy napadną na nasz kraj. Nikt nie wyobrażał sobie, żeby niemieckie wojska dotarły do Bobrownik.

 

Plakat propagandowy z 1939 r., o którym pisze autor wspomnień

 

W miesiącu sierpniu dużym wydarzeniem było w Bobrownikach przybycie wojska. Pojedynczych żołnierzy to od czasu do czasu się widziało ponieważ ci z mieszkańców Bobrownik, którzy służyli wojsku przyjeżdżali z niego do domu na urlop. Ja nawet miałem okazję zobaczyć oficera, którym był mój brat cioteczny Edmund Pryliński syn Wacława i Marty z domu Buller. Jednak tak dużej ilości wojska w Bobrownikach, jak mi się wtedy, w sierpniu 1939 roku wydawało nikt jeszcze nie widział. Wiadomość, że przyjeżdżają żołnierze obiegła wszystkich lotem błyskawicy. Ja, wraz z kolegami wybiegliśmy dość daleko od granic Bobrownik, żeby ich zobaczyć. Wojsko miało przybyć z kierunku Włocławka. Dość długo czekaliśmy na nich ale w końcu doczekaliśmy się. Byli to kawalerzyści, wyglądali wspaniale na pięknych koniach. Naliczyliśmy ich około 50. Gdy nas, oczekujących minęli ruszyliśmy za nimi całą zgrają. Ułani szczególnie pięknie prezentowali się na ulicach. Gdy jechali przez ulice Lipnowską, Senatorską i Kościelna to podkowy ich koni brzdękały i szczękały na bobrownickich „kocich łbach”. Wojsk zatrzymało się na łączce, koło cmentarza. Żołnierze karmili konie i sami się posilali suchym prowiantem. My, chłopcy nie odstępowaliśmy ich na krok. Po około dwóch godzinach zwinęli się i odjechali w kierunku Nieszawy a my ich odprowadziliśmy aż do samych Rybitw. Spotkanie z wojskiem było dla nas wspaniałym przeżyciem, o którym wiele między sobą rozmawialiśmy.

 

Także w sierpniu zachorowała moja mama, którą tata odwiózł do szpitala w Lipnie. Dookoła bardzo głośno już było o mającej wybuchnąć wojnie. Do wojska powołano moich dwóch ciotecznych braci. Zenka Prylińskiego syna Henryka i Zenka Grzegorzewskiego syna Józefa. Pod koniec miesiąca na górach w kierunku na Lipno wystawiono posterunek, w którym dyżurowali cywilni mężczyźni. Mieli oni za zadanie obserwować przelatujące samoloty i meldować o nich do posterunku policji, z którym mieli połączenie telefoniczne.  Na posterunku wystawiono radio na okno, pod którym zbierali się ludzie i słuchali nadawanych komunikatów, które na bieżąco komentowali.

 

Mieszkańcom Bobrownik polecono budować schrony przeciwlotnicze, w których mieliśmy chronić się przed bombami. Schrony to były dość głębokie doły z wierzchu nakryte deskami i ziemią. Ponieważ nasza rodzina nie miała gdzie wykopać schronu miejsca na niego użyczył nam wujek Eluszkiewicz na swoim ogrodzie.

 

Gdy dorośli zajmowali się sprawami wojny my młodzi, zastanawialiśmy się czy gdy ona wybuchnie to czy będziemy chodzić do szkoły czy też nie. W każdym bądź razie rodzice nas do niej przygotowywali.

 

Dzień 31 sierpnia niczym specjalnie niczym nie różnił się od innych. Następnego dnia miał rozpocząć się rok szkolny. Mimo, że mama była w szpitalu ja do szkoły byłem przygotowany dzięki mojej siostrze Fredzi, która w 1939 r. ukończyła siódma klasę i była w domu. Fredzi przygotowała do szkoły moją młodszą siostrę, Stefcię, która miała iść do pierwszej klasy. Wieczorem 31 sierpnia, trochę podminowany, trochę rozgoryczony tym, że już jutro muszę iść do szkoły poszedłem spać. Jednak życie potoczyło się inaczej.

 

Pierwszego września, skoro nastąpił świt zostaliśmy zbudzeni przez ojca, który nas poganiał abyśmy szybko się ubierali. Nie wiedzieliśmy co się stało. Na moje pytanie tata odpowiedział, że wybuchła wojna i musimy iść do schronu. Gdy wyszliśmy przed dom był wczesny, piękny poranek. Z nieba dochodził do nas warkot silników samolotów. Gdy już byliśmy w schronie usłyszeliśmy głuche dudnienie. Nie wiedzieliśmy co się dzieje. Tata nam powiedział, że niemieckie samoloty bombardują Włocławek. Po jakimś czasie wyszliśmy ze schronu i wróciliśmy do domu. Do szkoły z siostrą nie poszliśmy bo tata powiedział, że nauka w szkole jest zawieszona i nie będziemy do niej na razie chodzić. Po śniadaniu tata wziął rower i pojechał do szpitala po mamę a my zostaliśmy w domu pod opieką dziadka Pomorskiego.

 

Tego samego dnia około południa ponownie nadleciały niemieckie samoloty. Ludzie pochowali się do schronów a ja wraz z kolegami pobiegliśmy na zamek, wdrapaliśmy się na wysokie ruiny i patrzeliśmy w kierunku Włocławka ale nic nie zobaczyliśmy ponieważ odległość była zbyt duża. Słyszeliśmy tylko głuche wybuchy. Niemcy bombardowali miasto.

 

W pierwszych dniach i później nieprzyjacielskie samoloty bardzo często przelatywały nas Bobrownikami i w ich pobliżu lecz na mieszkańcach nie robiło to już takiego wrażenia  jak pierwszego dnia wojny. My chłopcy, często chodziliśmy na góry gdzie był posterunek LOPP (Liga Obrony Przeciwlotniczej i Przeciwgazowej), z którego obserwatorzy meldowali o każdym zauważonym samolocie. Ja i moi koledzy wierzyliśmy, że tak naprawdę ze strony Niemców nic nam nie grozi. Takie same opinie krążyły również wśród dorosłych, którzy mówili, że granica z Niemcami jest zbyt daleka od Bobrownik i nasza armia pobije Niemców i dojdzie do Berlina. Nikt nie przypuszczał i nie przewidywał, że może stać się coś innego a jednak w początkowych dniach wojny gruchnęła wiadomość, że Niemcy przerwali front i wkraczają na ziemie polskie. Co gorsze zaczęły krążyć pogłoski, że Niemcy na zagarniętych terenach mordują wszystkich Polaków. W tej sytuacji Policja Państwowa w Bobrownikach zarządziła ewakuacje wszystkich miejscowych Niemców zdolnych do noszenia broni na wschód. Policja do pomocy wezwała polskich mieszkańców Bobrownik. Między innymi mój ojciec brał też w tym udział. Wszystkich Niemców zamieszkałych we wsi Bógpomóż, Rybitwach, Bobrownikach i okolicach aresztowano i policja poprowadziła ich w kierunku Włocławka. Jak daleko zaszli tego nie wiem w każdym bądź razie po wkroczeniu Niemców do Bobrownik i dojściu ich wojsk do Warszawy wszyscy aresztowaniu Niemcy wrócili do Bobrownik cali i zdrowi. Nikt z ewakuowanych nie zginął.  Że wrócili wszyscy Niemcy dowiedziałem się w późniejszym okresie, kiedy my to znaczy moja rodzina wróciła z ucieczki do Bobrownik.

 

Do naszej ucieczki doszło w następujący sposób. Jak wspominałem wśród ludzi krążyły pogłoski, że niemieckie wojska wyżynają wszystkich Polaków, z tych plotek powstała panika i ktoś podjął decyzję, że należy przed najeźdźcą uciekać. Którego wieczora poszliśmy jak zwykle spać. W nocy mama nas obudziła i powiedziała: „Ubierajcie się szybko bo wyjeżdżamy”. Błyskawicznie wstałem, ubrałem się i wyskoczyłem przed dom. Było ciemno ale zobaczyłem wóz zaprzęgnięty w dwa konie załadowany naszym dobytkiem. Wóz był drabiniasty i zrobione na nim były miejsca do spania. Mama nas wszystkich rozmieściła na wozie i kazała spać. Jednak sen nie przychodził, wrażeń było zbyt dużo aby spać. Ciekawi byliśmy z siostrami, gdzie nas rodzice zawiozą i gdzie jedziemy.

 

Po załadowaniu reszty dobytku ruszyliśmy do Nieszawy. Ponieważ była wciąż noc nic nie widzieliśmy ale dochodziły do nas odgłosy, świadczące o tym, że za nami i przed nami jechały inne wozy, na których ludzie opuszczali rodzinne gniazdo. Konie z wozami zostały zarekwirowane Niemcom z Rybitw i Bógpomóż. Konie i wóz, którym powoził tata zabrane zostały Krygierowi.

 

Tej samej nocy dotarliśmy do promu, którym przez Wisłę przeprawiliśmy się do Nieszawy. O wczesnym świcie byliśmy we wsi Wólne. W Wólnem spotkaliśmy dość dużo żołnierzy, byli to artylerzyści, którzy konwojowali kilka armat. Armaty te lufy miały takie duże, że prawie mógłbym się do niej zmieścić. Były one ciągnione przez konie. Do każdej armaty zaprzęgano ich sześć.

 

Cały dzień przesiedzieliśmy w Wólnem ponieważ tata powiedział, że w dzień nie będziemy podróżować ze względu na bombardowanie przez lotników niemieckich. Jak tylko nastał zmrok ruszyliśmy przez Włoszycę w głąb Kujaw. Było tak przez kilka dni. W dzień odpoczynek a w nocy jazda. Przez jakie miejscowości jechaliśmy tego już nie pamiętam. W każdym bądź razie na dłuższy czas zatrzymaliśmy się w pobliżu Osięcin. W czasie tego postoju zdarzył się dość śmieszny wypadek. Otóż od strony zachodniej zauważono ścielący się nisko dym na znacznej szerokości. Ktoś krzyknął, że Niemcy użyli gazu. Powstała panika, ludzie zastanawiali się co robić. Ktoś wpadł na pomysł aby do ust przykładać wilgotne szmaty i przez nie oddychać. Ten zabieg miał zapobiec zatruciu organizmu. Na lepszy pomysł wpadł pan Dąbrowiecki, szewc, który powiedział, że lepsze skutki daje użycie szmaty, na którą trzeba nasikać i przez nią oddychać. Czy to zrobił tego nie wiem.

 

Po kilku dniach postoju mężczyźni uradzili, że nie ma gdzie uciekać bo dookoła są Niemcy i w związku z tym trzeba wracać do domu. Tak też się stało. Pewnego dnia o zmroku ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Ale już inną droga. Miejscowości, jakie mijaliśmy nie pamiętam. Którejś nocy przejechaliśmy przez Lubanie i o świcie znaleźliśmy się nad Wisłą, naprzeciw zamku. Bobrowniki widać było jak na dłoni. Było nas tam kilka bobrownickich rodzin. Wyładowaliśmy dobytek z wozów a dziadek Pomorski kolejno wszystkich nas przewoził przez rzekę. Na brzegu pozostały tylko kobiety z dziećmi ponieważ mężczyźni wzięli konie i wozy i pojechali na dalszą ucieczkę w kierunku Włocławka. Znad Wisły cały nasz dobytek nosiliśmy na plecach do domu. Pomagał nam w tym dziadek, który z nami nie uciekał. Powiedział, że jest za stary i Niemcy nic mu nie mogą zrobić i pozostał w Bobrownikach. Tak zakończyła się nasza ucieczka przed Niemcami.

 

Bobrowniki zastaliśmy ciche i senne przy bardzo ładnej pogodzie. Cały wrzesień 1939 roku był wyjątkowo ciepły i w czasie naszej ucieczki nie spadła ani jedna kropla deszczu. W pierwszych dniach po powrocie nic specjalnego się nie działo. Do szkoły nie chodziłem, całymi dniami pasłem wraz z kolegami krowy i kąpaliśmy się w Wiśle. Gdzieś trzeciego dnia po naszym powrocie gdy paśliśmy krowy na parchoniu około południa zauważyliśmy, że od strony Nieszawy zbliżają się do nas nieznani żołnierze. Zaczęliśmy przed nimi uciekać ale niezbyt daleko. Kiedy zbliżyli się do nas zaczęli do nas wołać po niemiecki i machać rękami żebyśmy do nich podeszli. Wołali: „Komm, komm” , mówili też inne słowa, których już nie pamiętam. Przełamując wielki strach podeszliśmy do nich. Byli bardzo mili, głaskali nas po głowach i dali nam cukierki. Tak więc okazało się, że nie byli to żołnierze, którzy wyżynali wszystkich Polaków ale okazali się całkiem sympatyczni. Po kilku minutach żołnierze poszli w górę Wisły a ja pognałem szybko krowę do domu żeby podzielić się wiadomością, że widziałem niemieckich żołnierzy a nawet pokazałem im otrzymane od nich cukierki. Dziadek i mama przyjęli tą wiadomość normalnie, bez specjalnych emocji. Pod wieczór tego samego dnia gruchnęła wiadomość, że od strony Nieszawy zbliżają się niemieccy żołnierze i to w dość dużej grupie. Mając już za sobą spotkanie z nimi razem z kilkoma chłopakami pobiegliśmy im naprzeciw. Spotkaliśmy się z nimi koło cmentarza i znów dostaliśmy cukierków. Żołnierze byli naprawdę mili i sympatyczni w stosunku do wszystkich Polaków w Bobrownikach. Zakwaterowali się w naszej szkole a kuchnie polowe ustawili na jej podwórku. Często do nich chodziliśmy a zwłaszcza w porze obiadowej bo zawsze nam dawali „coś nie coś” do jedzenia. Po trzech dniach kwaterowania niemieccy żołnierze odmaszerowali w kierunku Włocławka.

 

Na początku października miejscowi Niemcy zorganizowali urząd gminny i obsadzili wszystkie stanowiska urzędnicze. Na czele władz gminy stanął nie wójt jak przed wojną ale burmistrz, którym  został Jakub Miller, dotychczasowy  właściciel sklepu masarskiego w rynku.

 

Do Bobrownik wszyscy wrócili już z ucieczki i życie płynęło normalnie, nic ciekawego się nie działo. Wrócił również nasz tata. Na Wiśle nie pracowano ani nie łapano ryb. Wszyscy siedzieli w domach w jakby w oczekiwaniu na jakieś wydarzenie.