Księga gości

Wspomnienia bobrownickie Rozdział 6

 

Obława

 

Kilka dni po zorganizowaniu przez Niemców władzy w Bobrownikach nastąpiło wydarzenie, które wstrząsnęło całą polską ludnością osady i jej okolic. Zajść tych ja i moi koledzy nie widzieliśmy osobiście ponieważ paśliśmy krowy na łąkach daleko za cmentarzem. O wszystkim co tego dnia zaszło dowiedzieliśmy się pod wieczór gdy przygnaliśmy krowy z łąk do obór. Już przy wjeździe do Bobrownik zauważyliśmy dość dużo żołnierzy niemieckich, którzy stali obok cmentarza, na górach i nad Wisłą. Na ulicy nie spotkaliśmy żywej duszy. Wprowadziłem „gomułę” do naszej obórki, uwiązałem ją i wszedłem do domu. Zastałem w nim zapłakane siostry i niesamowity bałagan. Wszystko porozwalane, drzwi od etażerki rozbite. W domu nie było ani mamy ani taty ani nawet dziadka.  Na moje pytanie gdzie oni wszyscy są Fredzia odpowiedziała, że tata uciekł a mamę i dziadka Niemcy zamknęli do gminnego aresztu. Poleciałem tam szybko aby zobaczyć co się dzieje na rynku ale Niemcy mnie przepędzili i nic nie wskórawszy wróciłem do domu. Później dowiedziałem się, że oprócz mamy i dziadka Pomorskiego Niemcy zamknęli w „kozie” dużo więcej kobiet. Następnego dnia dowiedziałem się, że sprawcami tych wydarzeń byli miejscowi Niemcy, którzy chcieli ująć i aresztować tych mężczyzn, którzy pomagali policji na początku wojny w zatrzymaniu i ewakuacji niemieckich mężczyzn z Bobrownik i okolicy. Powiedziano mi również, że Niemcy w mundurach, którzy przeprowadzili obławę to nie byli żołnierze ale „gestapo”. Co znaczyło to słowo nie wiedziałem i nikt nie potrafił mi tego wytłumaczyć.

 

Gestapo do Bobrownik sprowadził burmistrz Jakub Muller. Część gestapowców otoczyła osadę aby nikt z niej nie uciekł a pozostała grupa chodziła po domach z zadaniem aresztowania osób wskazanych przez miejscowych Niemców. Nikogo jednak nie złapali. Jak to się stało trudno sobie wyobrazić ale jest pewne, że ktoś musiał ostrzec wszystkich zagrożonych bądź oni sami zorientowali się, że Niemcy przyszli właśnie ich zabrać  bo przecież wszyscy byli w domach a gestapowcy nie ujęli ani jednej osoby. Wszyscy w porę zdążyli uciec lecz jakim sposobem tego nie wiem z wyjątkiem dwóch wypadków: Jak mi później opowiadał tata gdy się dowiedział, że Niemcy otoczyli Bobrowniki i mają nastąpić aresztowania to po prostu uciekł z domu, przez ogród dotarł do rowu, przeskoczył go i tryftą (wąwozem) obok miejsca gdzie mieszkał Kowalski wydostał się na Pole Bobrownickie. Drugi przypadek ucieczki można nazwać brawurowym a chodzi tu o Klemensa Piotrowskiego. Mieszkał on przy ulicy Kościelnej i w ostatniej chwili wybiegł z domu. Nie mając szans ucieczki pobiegł do ogrodu i wszedł na bardzo dużą i rozłożystą gruszę i tam na samym wierzchołku, między konarami przeczekał rewizję i całą obławę. Jak mówili ludzi Niemcy byli pod gruszą ale go nie zauważyli. Klemens Piotrowski przeczekał na drzewie do nocy i uciekł z Bobrownik.

 

Niemcy widząc, że obława się nie powiodła i nikogo nie złapali aresztowali  zakładników, członków rodzin ściganych przez siebie osób. Z samych Bobrownik były to:

  1. Zofia Buller i Stanisław Pomorski (moja mama i dziadek)
  2. Żonę pana Pietrzykowskiego
  3. Matkę Zdzisława Gajewskiego
  4. Żonę Wacława Zalewskiego
  5. Żonę Leona Wołowskiego
  6. Żonę Bolesława Piotrowskiego
  7. Matkę Klemensa Piotrowskiego
  8. Żonę Wacława Krażewskiego, Kazimierę
  9. Żonę Józefa Dąbrowieckiego
  10. Siostrę Stanisława Dąbrowieckiego

 

W tym samym dniu lub kilka dni później aresztowano osoby mieszkające w okolicach Bobrownik. Były to o ile pamiętam osoby z rodzin:

  1. Bolesława Kłonowskiego
  2. Tadeusza Pypkowskiego
  3. Wacława Woźniaka
  4. Tadeusza Skalskiego
  5. Czesława Kostrzewskiego
  6. Bolesława Kmiecia
  7. Henryka Stefańskiego
  8. Antoniego Hofmana
  9. Franciszka Echolca
  10. Otto Strąka

 

Niemcy po aresztowaniu rodzin wyżej wymienionych powiedzieli, że jeśli zgłoszą się do nich ich mężowie i synowie to wszyscy obecnie zatrzymani zostaną zwolnieni z aresztu a zgłaszającym się nic się nie stanie. Zostaną tylko przesłuchani i każdy z nich wróci do domu i rodziny.

 

W domu pozostaliśmy sami, trzy siostry i ja i sami musieliśmy sobie radzić. Wszystkim kierowała Fredzia ponieważ była najstarsza. Z mamą i dziadkiem nie mieliśmy kontaktu mimo, że nosiliśmy im do aresztu jedzenie. Po kilku dniach Niemcy zwolnili dziadka i matkę Klemensa Piotrowskiego. Tata w tym czasie ukrywał się po drugiej stronie Wisły, naprzeciw Bobrownik u swojego kolegi, pana Szmajdy ale często przyjeżdżał na Pole Bobrownickie do rodziny aby uzyskać jakieś wiadomości o losach aresztowanych. Kiedy zwolniono dziadka Pomorskiego tata był nawet w nocy  w domu. Nas, dzieci zobowiązał wielką tajemnicą żeby nikomu o tym fakcie nie mówić.

 

Uciekinierzy z obławy zwiedzeni obietnicami Niemców zaczęli zgłaszać się do gminy gdzie natychmiast byli aresztowani a zakładników za nich zwalniano do domów. W niedługim czasie oddało się w niemieckie ręce 18 z nich. Nie zgłosili się tylko pan Pietrzykowski i tata, który w tym czasie ukrywał się we Włocławku i wyrobił sobie lewe dokumenty na nazwisko Stefan Krysiak.

 

W tym samym czasie na stacji kolejowej w Lubaniu tata wysiadając z pociągu natknął się na Jana Wolstendorfa, Niemca z Bobrownik, mieszkającego na ul. Senatorskiej jak my, który mu powiedział, żeby nie wracał do domu bo mamę potrzymają w zamknięciu i po jakimś czasie wypuszczą. Doradził jeszcze ojcu, żeby ukrywał się gdzieś dalej bo tak blisko jest bardzo niebezpiecznie i w każdej chwili może być rozpoznany i aresztowany. Drugie spotkanie z miejscowym Niemcem miało miejsce na moście we Włocławku. Tata szedł z Włocławka na Dolne a Niemiec  Pekrul z Bógpomoża Nowego szedł z Dolnego do Włocławka. Niemiec ojca przy mijaniu nie rozpoznał może dlatego, że szli po przeciwległych stronach mostu. O tych spotkaniach dowiedziałem się później gdy tata którejś nocy przyszedł do domu nas odwiedzić.

 

W drugiej połowie października 1939 roku Niemcy w nocy wywieźli wszystkich aresztowanych mężczyzn. Dowiedzieliśmy się o tym gdy mamie zanieśliśmy śniadanie. W jakim kierunku i gdzie ich zabrano nikt tego nie wiedział. Dopiero na wiosnę 1940 r. rozeszła się pogłoska, że rozstrzelano ich w lasach koło Karnkowa.  W areszcie pozostała tylko mama i pani Pieczkowska. Gdzieś po tygodniu od chwili wywiezienia więźniów zwolniono obydwie kobiety do domu. Po uwolnieniu mama musiała dwa razy dziennie chodzić do gminy i meldować się. Po dwóch tygodniach kazano jej przychodzić raz dziennie i gdzieś po miesiącu Niemcy zwolnili mamę z tego obowiązku.

 

Tułaczka taty

 

Tata w dalszym ciągu ukrywał się we Włocławku. Przeważnie raz w tygodniu przyjeżdżał na Kujawy do pana Szmajdy i wtedy mama przeprawiała się przez Wisłę aby się z nim spotkać. Przez rzekę przewoził ją zawsze Mietek Stróżyna.  Czasami na te spotkania byłem zabierany i ja. Pewnego razu, było to chyba w końcu października lub na początku listopada zdarzył się następujący przypadek:  Rankiem ciotka Frejowa poszła na cmentarz i przechodząc koło pieczary (grób, który miał murowaną piwnicę i posiadał małe okienko, przez które widać było trumny i mógł przecisnąć się przez nie człowiek) usłyszała jak ktoś ją woła po imieniu: „Lodziu, Lodziu, podejdź bliżej”. Ciotka się wystraszyła ale szybko doszła do siebie, podeszła do pieczary, z której dochodziło wołanie i  tam zobaczyła mojego ojca. Tata jej powiedział żeby poszła do mamy i powiedziała jej, że jest na cmentarzu w tym miejscu i żeby powiadomiła o tym jego żonę. Ciotka Frejowa to zrobiła i mama szybko poszła na cmentarz zabierając mnie ze sobą. Gdy doszliśmy na miejsce ja z  tatą rozmawiałem krótko ponieważ postawiono mnie przed cmentarzem abym pilnował czy czasem nie idzie jakiś Niemiec. Spotkanie odbyło się szczęśliwie, wyjątkowo tego dnia żaden Niemiec koło cmentarza się nie pojawił. Gdy odeszliśmy tata w pieczarze przesiedział do wieczora i po zapadnięciu zmroku opuścił cmentarz.

 

Ostatni raz w okolicy Bobrownik tata pojawił się na początku 1940 roku. Dowiedział się, że jego mama a moja babcia Anastazja Buller ciężko zachorowała i odwiedził  ją na Dębinie gdzie mieszkała przy rodzinie swojego syna Stanisława. Czy widział się wtedy z mamą tego nie wiem. Wkrótce po spotkaniu z tatą babcia zmarła. Po jej śmierci ojciec wyjechał do Warszawy i  zamieszkał u Feliksa Markowskiego, który mieszkał na Powiślu przy ulicy Solec 113. Feliks Markowski miał za żonę córkę Marty Prylińskiej z domu Buller. Miała ona na imię Wacława. Od chwili wyjazdu do Warszawy tata przyjechał na Kujawy jeszcze kilka razy i spotkał się z mamą. Później już do końca wojny nie przyjeżdżał ponieważ obawiał się schwytania tym bardziej, że Niemcy rozesłali za nim list gończy. Innym powodem było to, że coraz trudniej było przekraczać granicę pomiędzy Rzeszą, do której przyłączono część terytorium okupowanego państwa polskiego a w tym i  Bobrowniki a Generalną Gubernią. Granica przebiegała gdzieś w okolicy Kutna. Tata pod swoim fałszywym nazwiskiem zatrudnił się w Zakładzie Oczyszczania Miasta. Jeszcze w 1940 r. wstąpił do konspiracji i w latach późniejszych, do samego powstania warszawskiego należał do AK.

 

Przez cały okres ukrywania się tata pisał listy do mamy oczywiście zakonspirowane tak aby Niemcy nie zorientowali się kto je wysyła. Czasem przysyłał też paczki z odzieżą. Do mamy pisała też z Generalnej Guberni jej siostra Jadwiga Krażewska, która znalazła się w Stoczku Łukowskim koło Garwolina gdzie jej mąż, przedwojenny policjant służył w „policji granatowej”. Nazwa ta wzięła się od koloru mundurów tej formacji.

 

Początki okupacji

 

Po zaginięciu aresztowanych mężczyzn i zwolnieniu mamy z aresztu życie potoczyło się normalnie chociaż słowo „normalnie” nie oznacza, że w Bobrownikach dobrze się działo. Całą zimę z przełomu 1939 na 1940 rok było na bardzo ciężko. Dziadek nie pracował bo nie miał gdzie. Wisła zamarzła ale drogi na Kujawy nie zrobiono bo i tak nikt by nie przyjechał po opał. Wszystkie, oprócz jednego, sklepy spożywcze były zamknięte. Ten jeden funkcjonujący prowadziła Niemka ale i tak wiele w nim nie można było kupić ponieważ Niemcy na wszystkie produkty żywnościowe wprowadzili kartki a na obuwie i materiał na ubranie punkty. Niemka, która prowadziła sklep była miejscowa i bardzo dobrze znała język polski lecz gdy jakiś Polak poprosił o sprzedaż czegoś w swoim rodzimym języku udawała, że nic nie rozumie i nic nie sprzedała. Na gwałt szukano słowników polsko – niemieckich i uczono się najważniejszych słów aby ułatwić sobie w ten sposób życie i kupić coś do jedzenia.

 

Rynek w Bobrownikach w 1941 r. Z lewej strony zdjęcia widoczny sklep

 

Cały ciężar utrzymania rodziny wzięła na siebie mama. Jak wcześniej wspominałem była krawcową i miała maszynę do szycia, która kupiła po powrocie z Ameryki, w której pracowała kilka lat razem z dziadkiem Pomorskim przed I wojną światową. Szyła na niej wszystko co tylko było możliwe. Począwszy od czapek, ubrań, sukienek aż po kożuchy. Za szycie nie brała pieniędzy, które nie były nic warte z powodu wprowadzenia kartek. Szyła ludziom odzież za żywność: Mąkę, kaszę i inne produkty. Dużą pomocą w wyżywieniu naszej rodziny odgrywała nasza poczciwa „gomuła” . Dzięki niej mieliśmy świeże mleko a nawet czasem mama zrobiła w butelce trochę masła. Krowę utrzymywaliśmy z naszych zapasów. Mieliśmy 1,5 morga pola i ze słomy z niego była rżnęliśmy sieczkę a trochę zostawialiśmy na podściółkę. Mama gdy szyła coś dla gospodarzy i ich rodzin to brała od nich wynagrodzenie w postaci sieczki, siana, słomy czy ziemniaków.

 

Do szkoły nie chodziłem bo była zamknięta. Na ulicę też się za często nie chodziło bo strach było wyjść z domu a gdy już się wyszło to każdemu Niemcowi trzeba było się kłaniać, nawet mniejszemu od siebie. Gdy się tego nie uczyniło to mocno dostawało się w twarz a czasem i oberwało kilka kopniaków. Szczególnie odgryzali się ci, z którymi przed wojna chodziliśmy do szkoły. Najgorszym takim łobuzem w Bobrownikach był syn burmistrza, Ewald Muller i ci, którzy przychodzili do Bobrownik z Bógpomóż i Rybitw a także z Gnojna i innych okolic. Jednak nie wszyscy  niemczaki byli naszymi śmiertelnymi wrogami. Byli wśród nich i dobrzy koledzy. Do nich można zaliczyć Eduarda Hibnera, Brunona i Waldemara Krygera. Ta trójka to byli wyjątkowi koledzy. Wynikało to chyba z tego, że ich rodzice również nie wyżywali się na Polakach.

 

Wysiedlenie

 

Tak minęła zima w 1940 r. Przyszła wiosna a wraz z nią bardzo przykre dla nas wydarzenie. Któregoś wiosennego dnia woźny z gminy dostarczył nam rozporządzenie burmistrza, według którego w ciągu jednego dnia mamy opuścić nasz dom ponieważ został on przeznaczony dla Niemca Fiszera. Niemiec ten przed zajęciem naszego domu mieszkał na Piaskach koło Polichnowa. Mama zaczęła szukać jakiegoś mieszkania w całych Bobrownikach i wreszcie znalazła je u pana Tajewskiego przy ulicy pod górami. Ulica ta wiodła do Dębiny (za młynem wodnym skręcało się w prawo). Nasze nowe mieszkanie  to było jedno małe pomieszczenie, praktycznie była to kuchnia, w której mieszkał pan Tajewski a jego żona z dzieckiem zajmowała pokój. W drugiej połowie domu mieszkał pan Stefan Gajewski wraz z rodziną. Dom ten stał szczytem do ulicy, którą trudno było nazwać ulicą ponieważ nie była nawet brukowana. Mieszkanie nasz miało tylko jedno okno, które wychodziło właśnie na tę ulicę.

 

W ciągu dnia przeprowadziliśmy się na nową kwaterę. Jej umeblowanie przedstawiało się następująco: Pod oknem stała komoda, po prawej stronie łóżko pana Tajewskiego a po lewej łóżko mamy. Za łóżkiem pana Tajewskiego stała szafa a za nią łóżko dziadka. Za mamy łóżkiem stała leżanka a za leżanką stał stół i mała szafka na naczynia. W rogu po prawej stronie drzwi stała kuchnia murowana. Między mamy łóżkiem a leżanką stała maszyna do szycia, warsztat pracy mamy. Na dzień maszynę wystawiało się na środek mieszkania a na noc stawiało się ją na swoje miejsce. W tak małym pomieszczeniu gnieździło się razem siedem osób. Pan Tajewski w dzień pracował u pani Durniatowej i przychodził do nas tylko na noc spać. Dopóki Fredzia nie poszła do Niemca na służbę było nam bardzo ciasno. Jednak na ten stan rzeczy nic nie mogliśmy poradzić.

 

Autor wspomnień z siostrami Krystyną i Stefanią oraz z mamą. Bobrowniki ok. 1942 r.

 

Niemieckie rządy i okupacyjna codzienność

 

Wiosna 1940 roku bardzo dużo rodzin polskich wywieziono do Niemiec na roboty przymusowe. Działo się to wszystko w nocy. Przychodzili Niemcy i dawali 10 – 15 minut na ubranie się i zabranie najpotrzebniejszych rzeczy. Po usunięciu Polaków tego samego dnia lub dzień później na ich miejsce wprowadzały się rodziny niemieckie. Między innymi w ten sposób wywieziony został  mój stryj Franciszek Buller a na jego miejsce wprowadził się Niemiec Kizelbach.

 

Kiedy zrobiło się cieplej na ulicach Bobrownik zaczęły się pokazywać umundurowane grupy miejscowych Niemców, którzy świętowali różne rocznice i zwycięstwa wojsk niemieckich odnoszone na wszystkich frontach. Grupy te umundurowane były w różny sposób. Jedni mieli czarne uniformy a na okrągłych czapkach nosili trupie czaszki. Nazywaliśmy ich „esesowcami” lub „SS”. Drudzy nosili brązowe czapki, długie czarne buty z cholewami, czarne spodnie i żółte koszule. Tych nazywaliśmy „żółtkami”. Niemcy utworzyli tez organizacje młodzieżowe. I tak „HJ” czyli "Hitlerjugend" zrzeszały młodzież męską. Nosili czarne spodenki, krótkie, żółte bluzy i furażerki. „HM” – „Hitler Madchen”, do tej organizacji należały dziewczyny. Nosiły granatowe spódniczki, białe bluzki i czarne berety. Wszyscy i starsi i młodzeż nosili na prawym przedramieniu czerwone opaski, na których było białe koło, w którego środku był „hakenkrojc” czyli swastyka. Wszystkie te parady odbywały się bardzo uroczyście, z orkiestrą i przemarszem po ulicach a kończyły się na rynku przed gminą przemówieniami.

 

 

Parada bobrownickich Niemców z okazji urodzin Adolfa Hitlera 20 kwietnia 1941. Na zdjęciu formacje SA (Die Sturmabteilungen der NSDAP) czyli "żółtków" jak pisze autor wspomnień

 

 

Późna wiosna przyniosła naszej rodzinie dalsze zmiany. Najstarszą moja siostrę Alfredę zabrano do pracy przymusowej u Niemca we wsi Bógpomóż Nowy. Niemiec ten miał polskie nazwisko: Marecki.

 

Gdy tylko ruszyły lody na Wiśle i woda opadła dziadek zaczął łapać ryby ale już nie siecią a tylko wirszami i czasem szepnerem. Ryb już nie woził do Nieszawy czy Włocławka na handel lecz łapał je na użytek domowy i dla znajomych. Robotnicy, którzy pracowali na Wiśle wyciągając kamienie, piasek i żwir już tego nie robili, przede wszystkim dlatego, że większość z nich została wywieziona przez Niemców mimo faktu, że potrzebowanie na kamienie wciąż było duże. Wielu robotników kopało kamienie na polach, które następnie Niemcy skupowali i gdzieś wywozili berlinkami w górę i dół Wisły. Spora grupa robotników pracowała na Wiśle przy główkach. Dość dużo, a szczególnie młodszych pozabierano do pracy na niemieckich gospodarstwach w różnych wsiach: Na Bógpomóż Nowy i Stary, Rybitwy, Mniszek, Gnojno, Barany, Brzeźno.

 

Ja osobiście od wiosny do późnej jesieni pasłem naszą żywicielkę, krowę i żadnych innych obowiązków nie miałem. Czasem z dziadkiem chodziłem na ryby. Życie moje w zasadzie płynęło dość znośnie. Gdyby nie parady Niemców i ich bezwzględne rządy nikt by nie przypuszczał, że Bobrowniki są pod niemiecką okupacją. Mimo wprowadzonych przez Niemców kartek i punktów w domu nie odczuwało się zbyt dużej biedy a wszystko to dzięki ciężkiej pracy mamy.

 

Do wszystkiego można się przyzwyczaić i my jakoś przyzwyczailiśmy się do niemieckiego panowania. Mimo to żyliśmy nadzieją, że wojna się szybko skończy i Niemcy opuszczą Bobrowniki i Polskę. Już w zimie 1940 roku krążyły powiedzonka takie jak: „Aby do wiosny” lub „Im słoneczko wyżej tym Sikorski bliżej”. Jednak minął rok 1940 i 1941 i nic nie wskazywało na szybkie zakończenie wojny i wypędzenie Niemców z Polski. W dalszym ciągu w domu, w którym miał sklep spożywczy pan Wołowski przy ul. Senatorskiej urzędowali „czarni” a posterunek żandarmerii znajdował się w domu ciotki Krażewskiej przy ul. Lipnowskiej. Od czasu do czasu dowiadywaliśmy się, że żandarmi czy też „czarni” pobili jakiegoś Polaka i to mocno. Powodów do bicia Polaków nie znaliśmy, chodziły tylko plotki o takich wypadkach. Zresztą żadnych powodów wcale być nie musiało, nie raz wystarczało Niemcom to, że ktoś jest Polakiem. Bobrowniki i całą okolicę włączono do III Rzeszy i dlatego też byliśmy gorzej traktowani niż nasi rodacy żyjący w Generalnej Guberni. W tym niewesołym dla nas czasie monotonię okupacyjną przerywał w nocy lub wieczorem śpiew pana Gotlieba Lotysa. Służył on przed wojną w wojsku Polskim i miał stopień kapitana. W czasie okupacji pracował w gminie jako urzędnik. Od czasu do czasu jak sobie dość dobrze popił szedł ulicą Senatorską, przy której mieszkał i śpiewał na cały głos: „Jeszcze Polska nie zginęła” lub wykrzykiwał: „Niech żyje Polska!” Niemcy jakoś na jego wybryki nie reagowali. Pan Lotys całą wojnę był w Bobrownikach a nawet mieszkał tu i po wojnie.

 

Poważne zmiany w moim życiu nastąpiły na początku marca 1942 roku. Po obiedzie pojechałem z dziadkiem na ryby w górę Wisły. Zdążyliśmy kilka razy zanurzyć  szepner gdy jakiś kolega, nie pamiętam który, przybiegł do nas brzegiem i zawołał, że mam natychmiast iść do domu ponieważ mama tak kazała. Dziadek wysadził mnie na ląd i razem z kolegą poszedłem do mamy.