Księga gości

Wspomnienia bobrownickie Rozdział 7

 

Na Bógpomóż u Fenskego

 

Gdy dochodziłem do domu zobaczyłem, że stoi przed nim wóz zaprzężony w parę koni, na którym siedział nie znany mi mężczyzna.  Wszedłem do domu i  tu czekała mnie kolejna niespodzianka. Oprócz rodziny była w nim jeszcze jedna osoba i był to znów obcy mi człowiek. Zdziwiłem się, zastanawiając się jednocześnie co to może znaczyć ale nie miałem zbyt wiele czasu na rozmyślania. Gdy tak stałem mama powiedziała mi, że z polecenia burmistrza Mullera mam iść na służbę do tego pana. Struchlałem nie wiedząc mam co powiedzieć i jak się zachować. Wówczas człowiek ten powiedział, że nazywa się Emil Fenske, mieszka na Bógpomóż  Starym i dodał,  że będę miał u niego na służbie dobrze i  będę pasł jego krowy. Po paru minutach pożegnałem się z rodziną po czym wyszliśmy z domu, wsiadłem na wóz i ruszyliśmy w drogę.

 

Słońce było jeszcze wysoko gdy dotarliśmy na miejsce. Gospodarstwo Fenskego leżało około 5 kilometrów od Bobrownik tuż za cmentarzem niemieckim. Nie znałem tego Niemca bo prawdę mówiąc nigdy na Starym Bógpomożu nie byłem więc wszystko co spotkało mnie w następnych dniach było dla mnie całkowitą nowością. W nowym miejscu mojego pobytu i pracy zastałem pozostałych służących  u mojego gospodarza Polaków. Byli to: Józef Buczkowski z Piasków, Janek Marszewski, którego znałem bo pochodził z Bobrownik i Elżbieta Ośmiałowska z Polichnowa. Tego samego dnia wieczorem razem z Jankiem poszedłem po krowy żeby je przygnać z pastwiska do obory. Krowy same się pasły na tak zwanym „hoku” czyli na dużej, ogrodzonej łące. Jamek powiedział mi jakie będą moje obowiązki i trochę opowiedział o Fenskem.

 

Okazało się, że krów pasać nie będę ponieważ cały dzień same pasą się na hoku a ja będę robił wszystko co robi się gospodarstwie. O Fenskem powiedział mi, że jest bardzo ostry i wymagający. Budzi służbę skoro świt nastanie i goni do pracy aż do późnego wieczora z przerwą na śniadanie i obiad. Kolację jedliśmy już po zakończeniu wszystkich prac. Ponadto dowiedziałem się, że Fenske był w Ameryce a gdy z niej wrócił ożenił się i kupił gospodarstwo, które miało 75 hektarów powierzchni. Jak jeszcze powiedział mi Janek podobno Fenske miał jeszcze dość dużo dolarów w banku amerykańskim. Czy była to prawda tego nigdy się nie dowiedzieliśmy.

 

W każdym bądź razie gdy doszliśmy do krów i wypuściliśmy je z pastwiska to naliczyłem, że krów dojnych było 12, cielaków 6 oraz 8 owiec. Po przygnaniu krów i ich uwiązaniu byłem już wolny. Do pracy przystępowała za to Elżbieta, która musiała sama wszystkie krowy wydoić. Oprócz krów i owiec Fencke miał jeszcze 4 konie robocze i 2 źrebak i dość dużo świń. Po kolacji z kolei gospodarz powiedział mi co będę u niego robić. Rano miałem wypędzać krowy do hoku, po powrocie wyrzucić obornik spod krów i cieląt, zaścielić kojce świeżą słomą. Po śniadaniu zaś będę wykonywał prace, które w danym dniu będą do zrobienia. Krowy miałem wyganiać i przyganiać trzy razy dziennie. Fencke powiedział mi również gdzie będę spał, chociaż to już wiedziałem.

 

Od pierwszego dnia pobytu na służbie moim stałym miejsce zamieszkania była obora połączona ze świniarnią i mieściła się w szczycie obory. Łóżko nasze było zawieszone w powietrzu to znaczy przymocowane było do sufitu a zwisało nad kojcem, w którym były owce. Trudno zresztą było nazwać to łóżkiem ponieważ była to skrzynia zbita z desek, wyścielona słomą i przykryta niby prześcieradłem. Do nakrywania się mieliśmy pierzynę, która była bardzo stara i w trudnym do określenia kolorze, którego nie można było rozpoznać bo w stodole panował zawsze mrok. W tym wyrku mieliśmy spać we trójkę to znaczy ja, Janek i Józef. Przed pójściem spać trzeba było się umyć. Umywalnię naszą stanowiło wiadro z wodą ze studni, kawałek mydła na trzech i jedna ścierka do wycierania.

 

Pierwsza noc w mojej nowej  „sypialni” szczególnie utkwiła mi w pamięci. Po przebytych wrażeniach i emocjach zasnąłem dość szybko. Leżałem pomiędzy Józkiem i Jankiem w środku naszego „łoża”. Jak szybko zasnąłem  tak szybciej jeszcze szybciej obudziły mnie różne odgłosy dochodzące z obory i przyległej świniarni. Wydawało mi się, że tej nocy wszystko co żywe w tym pomieszczeniu uwzięło się na mnie. To koń zarżał, krowa zaryczała, owca zabeczała nie mówiąc już o świniach i ich kwiczeniu. Do tych wszystkich dźwięków dochodziły jeszcze brzęk łańcuchów, którymi uwiązane były konie i krowy. Trwało to całą noc. Zmęczony, zasnąłem dopiero nad ranem ale sen mój trwał bardzo krótko bo zaraz zbudził nas głos gospodarza abyśmy wstawali do pracy. Chciał nie chciał trzeba było wstawać. Później się przekonałem, że jak nie wstało się od razu to gospodarz wpadał do ponownie ale już sypiąc na nas przekleństwami. Ten koszmar spania w oborze trwał kilkanaście nocy. W końcu zmęczenie i przyzwyczajenie zrobiły swoje i już nie reagowałem na nocne hałasy i spałem całą noc.

 

 

Autor wspomnień w okresie słuzby u Fenskego na Starym Bópomóż

 

 

Po pobudce i umyciu się w zimnej wodzie poczekałem aż Elżbieta wydoi krowy i po tym całe to towarzystwo wygoniłem na hok. Po powrocie wyrzuciłem obornik spod krów i nanosiłem słomę na podściółkę ze stodoły. Ledwo się z tym uporałem i zawołano nas na śniadanie. Podano je nam w sieni, dla naszej całej czwórki. Na śniadanie, od poniedziałku do soboty były zacierki z ziemniakami i po kawałku chleba. Po posiłku szliśmy do pracy a pracy w gospodarstwie na wiosnę jest bardzo dużo. Począwszy od wożenia obornika, roztrząsania, orania, bronowania i kończyło się to siewem zbóż jarych, buraków i sadzenia kartofli. Na tych zajęciach schodził czas do obiadu.

 

Obiady były różne ale mięso zdarzało tylko w niedzielę. Przed obiadem przyganiałem krowy a po nim wyganiałem je z powrotem a potem wracałem do poprzedniej pracy i trwało to do kolacji, która była o zmroku. Wieczorem znów szedłem po krowy i po tym praktycznie byłem wolny chyba, że wynikła jakaś praca w obejściu. Późną wiosną plewiliśmy buraki i kartofle. Po pracach wiosennych były sianokosy potem żniwa, wykopki ziemniaków i buraków. Gdy nadeszły sianokosy to wychodziliśmy na pole o wschodzie słońca i pracowaliśmy do zmroku. Sianokosy i zbiory zbóż robiliśmy sami ale już wykopki ziemniaków były u różnych gospodarzy. Służba od innych gospodarzy przychodziła do naszego a my później chodziliśmy na odrobek. Za moją pracę dostawałem 11 marek, za które i tak nic nie można było kupić. Pieniądze przydawały się za to gdy w trójkę wieczorami lub w drodze do pracy, gdy trzeba było dojść do niej gdzieś dalej graliśmy zawzięcie w „oczko”. Była to cała nasza rozrywka. Szczególnie granie odchodziło jesienią, w zimie i wczesną wiosna gdy wieczory były dłuższe.

 

Całe nasze życie poza pracą spędzaliśmy w oborze oczywiście z wyjątkiem posiłków, na które chodziliśmy jak wspomniałem do sieni domu naszego gospodarza. Lampy naftowej czy nawet latarki na naftę nie mieliśmy. Całe nasze oświetlenie stanowił stożkowaty blaszany kaganek z knotem u góry, do którego nalewało się naftę. Kopcił ten kaganek jak parowóz.

 

Przy pracach polowych nie dane było nam nigdy choć trochę odpocząć ponieważ stary Fenske chodził wszędzie z nami. Najgorszą pracą było pielenie buraków. Każdy z naszej czwórki brał po dwie redliny i na kolanach wyrywało się zielsko. Często nad tymi burakami zasypiałem ale gospodarz zaraz budził człowieka krzykiem. Jesienią po zbiorach i po wykonaniu prac polowych cały czas trwało młócenie zboża i jego oczyszczanie z plew przy pomocy ręcznej wialni. Pierwszej jesieni  moją pracą przy młócce było odbieranie słomy z tyłu maszyny czyli jak to nazywaliśmy „od dziury”. Często przy tej dziurze zasypiałem i wówczas bęben maszyny wciągał słomę z powrotem i maszyna się zapychała nieraz tak mocno, że aż cztery konie stawały przy maneżu (kieracie). Po każdym takim wypadku jasne gromy z nieba leciały na mnie z ust gospodarza. Nieraz nawet chciał mnie za to zbić ale zawsze udawało mi się zrobić unik albo uciekłem za stodołę aby wrócić po wyciągnięciu słomy z maszyny.

 

W zimę szykowaliśmy opał. Już w styczniu obcinaliśmy gałęzie wierzb, topoli, olch, rąbaliśmy je na krótkie kawałki i układaliśmy je w wysokie sterty. Tak wyglądał całoroczny cykl pracy na gospodarstwie Fenskego.

 

W czasie mojej służby na Bógpomóż zdarzyły się dwa poważne incydenty. Pierwszy zdarzył się w czasie żniw. Gospodarz pozwalał odwiedzać mi rodzinę raz na dwa tygodnie w niedzielę po południu, czasem nawet rzadziej.  Pewnej letniej niedzieli po obiedzie  zwolnił mnie do domu i powiedział, że mogę iść do Bobrownik ale pod warunkiem, że jeśli będzie się chmurzyło to mam zaraz wracać ponieważ będziemy zwozić z pola mieszankę. Obiecałem mu, że na pewno przyjdę. Pobiegłem do domu, trochę tam posiedziałem a następnie poszedłem spotkać się z kolegami, którzy również mieli wolne. Gdy sobie rozmawialiśmy o naszej służbie u Niemców od strony Nieszawy zaczęła wychodzić ciemna chmura. Chciałem wracać na Bógpoóż ale koledzy mnie od tego odwiedli mówiąć, że z tej chmury deszczu nie będzie. Stało się jednak inaczej. Nadeszła burza i lunął potężny deszcz. Wróciłem do gospodarstwa i jak zwykle siedziałem z Józkiem i Jankiem w oborze. W pewnej chwili widzę, idzie Fenske i obserwuję go kątem oka. W pierwszej chwili chciał mnie złapać pewnie dlatego żeby dać mi skórę ale zdążyłem uciec. Gospodarz mnie gonił ale byłem szybszy i z obory uciekłem na podwórze. Tam już zaprzestał gonitwy. Spać poszedłem bardzo późno bo bałem się, że w każdej chwili może mnie dopaść lecz nic takiego się nie stało.

 

Na drugi dzień zaraz po śniadaniu gospodarz powiedział mi, że mam pójść do Wernera i pożyczyć od niego młotek do klepania kosy. Nic nie przeczuwając poszedłem tam gdzie mi polecono. Jak tylko doszedłem na miejsce i spytałem o młotek Werner powiedział mi, że przejdziemy do innego pomieszczenia. Poszedłem za nim a tam wszystko było przyszykowane na moje „powitanie”. Gdy tylko weszliśmy złapał mnie za kołnierz, do ręki wziął bykowca i zaczął mnie nim okładać gdzie tylko się dało. Ile razów dostałem, nie wiem. W pewnej chwili jakoś mu się wyrwałem ale Werner „na pożegnanie” tak mnie zdzielił, że aż mi skóra pękła. Po powrocie do Fenskego, okrwawiony zacząłem się z nim kłócić ale na nic się to nie zdało tylko przyłożył mi jeszcze parę batów zanim z dążyłem uciec.

 

Werner był sołtysem na Bógpomóż Starym. To był prawdziwy kat dla Polaków. Gdy tylko mógł i miał do tego okazję to znęcał się nad wszystkimi służącymi, a bił nie tylko bykowcem bo gdy nie miał go przy sobie nie żałował ani pięści ani nóg.

 

Druga sprawa była poważniejsza. Któregoś dani Janek Marszewski chcąc się zemścić na gospodarzu nikomu nic nie mówiąc poszedł na posterunek żandaremerii do Bobrownik i powiedział tam, że Fenske karmi konie żytem a było to zakazane. Po powrocie gospodarz pytał Janka gdzie był tak długo. Janek odpowiedział, że zameldował na posterunku, że gospodarz karmi konie żytem. Gospodarz długo się nie namyślając kazał zaprząc konie i pojechał do Bobrownik. Niedługo czekaliśmy na jego powrót.

 

Gdzieś pod obiad przyjechał do nas żandarm na rowerze. Nas trzech chłopaków zebrano w kuchni i ustawiono każdego innym kącie plecami do siebie. Zaczęło się przesłuchanie, w czasie którego dowiedzieliśmy się, że gospodarzowi ktoś kradnie tabakę ze strychu. Nikt się do tego nie przyznał. Zresztą strych był zamknięty zawsze na kłódkę a ta niby kradzież to był tylko pretekst żaby się z nami policzono. Nasze nie przyznanie się do kradzieży nie zrobiło na żandarmie wrażenia i zaczęło się wymuszanie przyznania się siłą. Żandarm wziął się do bicia nas a bił szczególnie silnie. Technicznie wyglądało to tak, że lewą ręką trzymał mocno za prawe ucho a prawą bił równo po obu stronach twarzy tak aby równo puchła. Całą naszą trójkę skatował porządnie. Twarze nasze po tych „zabiegach” wyglądały jak banie. Na zakończenie bicia żandarm powiedział, że teraz na zawsze odechce się nam kraść tabakę i szpiclować dobrego gospodarza.

 

Nie oszczędzono tez Elżbiety ale to już był inny przypadek. Na wiosnę 1943 roku dostała wezwanie do Arbeitsamtu do Lipna. Pojechała i wróciła tego samego dnia. W Lipnie została przez żandarmów tak zbita, że na jej ciele trudno było znaleźć kawałek skóry o normalnym kolorze, cała była sina. Przez trzy dni leżała i nie mogła się nawet ruszyć. Za co została tak mocno pobita tego sama nie wiedziała albo nie  chciała powiedzieć.

 

Oprócz ciężkiej pracy i bicia często gospodarzowi robiliśmy różne figle. Po zimie z 1942 na 1942 rok owoców było bardzo mało bo prawie wszystkie drzewa a szczególnie śliwki powymarzały. Jakimś cudem ocalała jedna mała śliwka węgierka. Wiosną zakwitła i na jesieni miała 76 owoców. Gospodarz wszystkie je policzył i powiedział, że jeśli jedna z nich zginie to się z nami policzy. Jak już śliwki dojrzały, któregoś dnia nad ranem wstałem i zerwałem je wszystkie i zjadłem. Rano gdy gospodarz to zauważył zrobił awanturę lecz nikt do zerwania owoców się nie przyznał i jakoś na to nam wszystkim uszło płazem . Drugim razem wspólnie z Jankiem o świcie zerwaliśmy całą kipę jabłek i schowaliśmy je w sianie. Gospodarz to zauważył ale również nie doszedł kto to mógł zrobić. Było jeszcze więcej tych psikusów ale inne były już mniej znaczące.

 

Na Bógpomóż u Fenskego służyłem do końca września 1943 roku ponieważ doszedł on do wniosku, że na zimę obejdzie się bez jednego służącego i zwolnił mnie do domu.