Księga gości

Wspomnienia bobrownickie Rozdział 8

 

U Woltera na Polichnowie

 

Przez cały październik 1943 roku byłem w domu. Mój „urlop” zakłóciły słuchy, które doszły do mamy, że jakiś inny Niemiec szykuje się wziąć mnie na służbę. Mama chciała zaradzić temu abym nie trafił do kogoś podobnego do Fenskego. Dowiedziała się, że na Polichnowie, też u Niemca potrzebują dobrego chłopaka do pracy. Niemiec ten cieszył się dobrą opinia wśród Polaków. Tę opinię potwierdzili wujostwo Prylińscy, którzy podobnie jak ów Niemiec mieszkali w Polichnowie. Nie bardzo mi się podobało znów iść na służbę ale mama po rozmowie ze mną w końcu powiedziała, że nie mam innego wyjścia bo i tak Niemcy zabiorą mnie do pracy a w Polichnowie będę miał dużo lepiej niż gdzie indziej. Mama poszła do tego do tego Niemca i zgodził mnie na ponowną służbę od 1 listopada 1943 roku i tak oto zmieniłem miejsce pracy.

 

Niemiec, u którego miałem służyć nazywał się Adolf Wolter i pochodził z Piasków. Gospodarstwo, które użytkował nie było jego. Otrzymał je po wysiedleniu Polaka, pana Niedziałkowskiego. Miało ono obszar około 5 hektarów piaszczystej ziemi. W gospodarstwie tym utrzymywał jednego konia, dwie krowy, trzy świniaki i trochę drobiu. Jego rodzina składała się z pięciu osób. Oprócz rodziców, dwie córki, starsza Lida i młodsza Frida, która był nauczycielką i syn, który służył w Wehrmachcie w Norwegii. Frida uczyła moje młodsze siostry, Stefanie i Krystynę, oczywiście po niemiecku. Starsza Frida pracowała w gospodarstwie.

 

Jak było umówione do pracy u nowego gospodarza stawiłem się 1 listopada. Przyjęto mnie bardzo życzliwie, całkiem inaczej niż u Fenskego na Bógpomóż. Moja sytuacja uległa zdecydowanej poprawie. Po pierwsze nie spałem już w oborze a moją sypialnia był kuchnia, w której stało łóżko z czystą pościelą. Po drugie posiłki spożywałem z moimi gospodarzami przy jednym stole i jadłem to samo co i oni.

 

Pracy w okresie jesienno-zimowym nie miałem dużo. Ograniczała się ona tylko do obrządku inwentarza, to znaczy nakarmienia i napojenia zwierząt,  oraz rozścielenie podściółki. Obornika nie wyrzucałem codziennie jak u Fenskego. Nowy gospodarz dużo mi przy tym pomagał, podobnie jak jego córka Lida.

 

Życie moje uległo teraz całkowitej zmianie. Rodzinę w Bobrownikach mogłem odwiedzać w każdej chwili bez żadnych ograniczeń. Zmieniło się również otoczenie, w którym przebywałem. Na Polichnowie były tylko trzy rodziny niemieckie a pozostałe były polskie. Przez gospodarzy traktowany byłem jako członek ich rodziny. Powodów do narzekań nie miałem żadnych. Jeden tylko incydent zakłócił moje życie u gospodarza a zdarzył się on z mojej winy. Było to tak: Wiosną 1944 r. pewnej niedzieli wróciłem wieczorem z Bobrownik a było już ciemno. Zobaczyłem, że na podwórku u mojego gospodarza stał rower. Licho mnie podkusiło, żeby się przejechać. Po cichu wyprowadziłem go i pojechałem szosą w kierunku domu wujostwa Prylińskich. Gdy zawróciłem i dojeżdżałem do domu Wolterów usłyszałem rozmowę gospodarza z jakimś obcym człowiekiem. Szukali razem roweru. Wystraszyłem się niesamowicie. Odczekałem trochę aż rozmowy ucichły i postawiłem rower na miejsce. Nie wszedłem do domu aby położyć się do łóżka ale poszedłem spać do stodoły na siano. Jak długo spałem, nie wiem. W nocy obudziła mnie Lida i kazała iść do domu i położyć się do łóżka.. Powiedziała mi też, że rower należał do sołtysa z Piasków i jednocześnie przestrzegła, że jak mnie on złapie to się ze mną „policzy”. Od tego czasu jak go zobaczyłem uciekałem gdzie pieprz rośnie. Uchodziło mi to do czasu.

 

Któregoś dnia byłem sam w domu z gospodynią ponieważ gospodarz z Lidą pojechali do Lipna. Jadłem właśnie śniadanie nie przeczuwając, że coś się może stać. Nagle drzwi się otworzyły i  zobaczyłem w nich sołtysa. Drogi ucieczki nie miałem żadnej. Sołtys powiedział: „No, nareszcie cię złapałem” i dobrał się do mnie. Schwycił mnie i kilka razy uderzył w twarz. Gospodyni mnie broniła ale on jej nie słuchał. Nie było to mocne bicie, można było wytrzymać. W porównaniu z tym jakie dostałem od żandarma na Bógpomóż to był dzień do nocy.

 

Nadeszła wiosna a z nią rozpoczęły się prace w polu. Nie były one tak uciążliwe jak u Fenskego. Gospodarstwo było dużo mniejsze i wszystkie prace wykonywaliśmy w trzy osoby to znaczy gospodarz, Lida i ja. Dość szybko się z nimi uporaliśmy i po siewach i sadzeniu ziemniaków praktycznie nie było większych prac aż do sianokosów a później żniw. Jednak nie długo dane mi było cieszyć się taką swobodą i wolnością jaką dawali mi moi dobrzy gospodarze.

 

W czerwcu 1944 r. dostałem wezwanie abym stawił się do urzędu gminy w Bobrownikach. Przed wyznaczonym terminem poszła tam Lida aby zorientować się po co mnie wzywają. Wróciła przed obiadem i oświadczyła nam wszystkim, że zabierają mnie do kopania okopów. Gdzie tego jej nie powiedziano. Mówiła jeszcze, że chciała mnie wybronić ale burmistrz się uparł i nie chciał słyszeć o żadnym zwolnieniu. Tłumaczył się tym, że dostał zarządzenie z powiatu, że musi odstawić żądaną ilość robotników. Na drugi dzień Lida pojechała do Lipna z tą samą sprawą ale nic nie wskórała i wróciła z niczym. Los mój był przesądzony. Dzień przed wyjazdem zwolniono mnie ze służby i wróciłem do domu.

 

Na okopach

 

Nazajutrz pożegnałem się z rodziną i wraz z mamą udałem się do gminy. Przed budynkiem stały już dwie podwody (wozy zaprzężone w parę koni). Było już obecnych paru młodych ludzi. Ze znajomych był Franek Malinowski z Polichnowa od Niemca Kizelbacha, Janek Małkiewicz z Bógpomóż oraz Longina Szalkowska. Pozostali byli mi nie znajomi. W sumie stawiło się nas 12 osób. Po załadowaniu się na podwody ruszyliśmy do Lipna. Z Lipna nie znaną mi drogą przez Głodowo dojechaliśmy do Tłuchowa a z Tłuchowa do majątku Tłuchówko. Zastaliśmy tam już dość dużo ludzi. Zakwaterowano nas w dużej stodole, w sąsieku. W jednej połowie spali i mieszkali mężczyźni a w drugiej kobiety.

 

Następnego dnia zrobiono zbiórkę i podzielono nas na grupy. W sumie utworzono 6 grup, 3 męskie i 3 kobiece po 30 osób w każdej. Na czele każdej grupy stał grupowy, Polak wyznaczony przez Niemców oraz folksdojcz. Moim grupowym był Polak z Lipna o imieniu Zbyszek (nazwisko zapomniałem) oraz folksdojcz Sikorski pochodzący z Pomorza. Nad wszystkimi grupami był unteroficer (podoficer w mundurze). Po podziale organizacyjnym wydano nam śniadanie a po śniadaniu szpadle, łopaty i kilofy i ponownie z narzędziami stanęliśmy do apelu. Przed nami pojawił się komendant niemiecki, cywil mówiący po polsku i powiedział co mamy robić i jak zachowywać się w obozie.

 

Po tych wszystkich wstępnych ceremoniach poszczególnymi udaliśmy się na miejsce pracy. Zatrzymaliśmy się nad rzeką, która jak dowiedziałem się później nazywała się Skrwa, i nastąpił przydział pracy. Utworzono następujące grupy:

 

- grupę kopaczy,

- grupę do wbijania kołków i  wykonywania odciągów,

- grupę do zabezpieczanie ścian okopu przed zawaleniem,

- grupę do równania ukończonych okopów i ich maskowania.

 

Ja znalazłem się w grupie kopaczy. Przydzielono do mnie znacznie starszą kobietę o imieniu Lucyna, która pochodziła z Dobrzynia. Kopacze byli zorganizowani w pary składającej się z mężczyzny i kobiety. Wyznaczono nam, kopaczom normę dzienną, która wynosiła początkowo 2 metry bieżące ziemi, która później powiększono do 3 metrów, Wyglądało to tak, że dziennie należało wykopać rów o długości 3 metrów o szerokości u góry 1,3 m. u dołu 1,1 m. i głębokości 1,8m. Przystępując do kopania rowu zaczynaliśmy od odwalania wierzchniej warstwy ziemi z darnią na głębokość szpadla. Ziemie tę musieliśmy odrzucić na odległość 3 m. od środka rowu. Ta wierzchnia warstwa ziemi służyła do maskowania okopów. Wykonanie dziennej normy było uzależnione od rodzaju ziemi. Jeżeli kopało się w glebie piaszczystej to trudno było ją wykonać ponieważ ziemia obsuwała się co wymagała dodatkowego wysiłku. Kopanie w glinie również było bardzo ciężkie ponieważ trzeba było używać kilofa bo samym szpadlem nie dawało się rady. Po wykonaniu wykopu ziemie należało rozplantować po obu stronach okopu nie przykrywając jej uprzednio zdjętą darnią. Pracowaliśmy w miesiącach letnich od godziny 6 do 17 a w miesiącach jesiennych od 7 do 16. Kto wykonał normę to w zasadzie już więcej nic nie robił i musiał czekać na pozostałych. Kto jej nie wyrobił miał czas pracy wydłużony aż do zmroku.

 

Jak wspominałem zakwaterowani byliśmy w stodole. Spaliśmy jeden obok drugiego, nie było żadnych łóżek. Przykrywaliśmy się jednym kocem. Mycie odbywało się przed stodołą, zimną wodą w tak zwanej „łaźni”. Były to po prostu metalowe rury z dziurami a pod spodem miały drewniane koryta. W okresie letnim pobudkę mieliśmy o  5 rano i do 5.30 trzeba było się umyć, zjeść śniadanie i stanąć do apelu. Po krótkim sprawdzeniu następował odmarsz do pracy. Posiłki dostawaliśmy trzy razy dziennie. Na śniadanie chleb z margaryną lub powidłami z buraków i czarna kawa. Na obiad jakaś mizerna zupka z kawałkiem koniny. Kolacja podobna do śniadania. Jedzenie było bardzo marne, przede wszystkim brakowało chleba.

 

Do Tłuchówka czy Tłuchowa nie wolno nam było chodzić bez specjalnej przepustki a i to tylko do godziny 21. Po 21 do pobudki nikt nie miał prawa opuścić stodoły.

 

Dni płynęły jeden podobny do drugiego niczym się od siebie nie różniły. Na początku sierpnia oprócz syreny na pobudkę usłyszeliśmy w stodole niemieckie krzyki przynaglające nas do szybkiego wstawania. Nie wiedzieliśmy co się dzieje, szybko zerwaliśmy się na nogi i zobaczyliśmy i w stodole i przed stodołą żołnierzy niemieckich w mundurach. Było to gestapo. Ustawiono nas na apel ale inaczej niż zazwyczaj. Wcześniej stawaliśmy zawsze frontem do stodoły a teraz stanęliśmy na wprost pola po ściętej koniczynie. Nie czekaliśmy zbyt długo gdy przyprowadzono mojego grupowego Zbyszka z Lipna i jeszcze innego mężczyznę, którego nie znałem. Ustawiono ich przed nami w odległości około 30 metrów. Następnie przed front naszej grup przyszedł oficer i w języku niemieckim powiedział, że tych dwóch zostało złapanych po godzinie 21 poza miejscem, w którym można przebywać i w ten sposób naruszyli zarządzenie komendanta. Nazwał ich bandytami, którzy nie respektują zarządzeń władz niemieckich. To co powiedział zostało przetłumaczone na język polski. Po tym wystąpieniu przed naszym frontem ustawiło się sześciu gestapowców z karabinami. Padła komenda w języku niemieckim i gruchnęła salwa. Ten nieznany mi człowiek padł nie ruszając się natomiast Zbyszek upadł i podparłszy się rękami próbował usiąść. Wówczas podszedł do niego oficer, wyjął pistolet i oddał cztery strzały jego głowę. Po tym wszystkim w grupach kobiecych rozległ się głośny płacz. Również w grupach męskich można było zobaczyć, jak nie jednemu zakręciły się w oczach łzy. Nastąpiło pewne rozluźnienie szyków. Niemcy widząc to zaczęli krzyczeć i natychmiast zaprowadzili nas na śniadanie, które mało kto jadł. Po śniadaniu wymaszerowaliśmy do pracy a w pracy cały dzień w naszych rozmowach przewijał się temat porannej egzekucji. Gdy przyszliśmy na obiad zobaczyliśmy, że obok ubikacji, w odległości 2 m. zostali pochowani rozstrzelani, obaj w jednym dole. Dowiedzieliśmy się również, że nieznany mi mężczyzna rozstrzelany razem ze Zbyszkiem był mieszkańcem Malanowa i Niemcy złapali go gdy szedł odwiedzić rodzinę. Był żonaty i miał dwoje dzieci. Po tym wypadku dni znów płynęły jednostajnie. Praca i praca. Dni stawały się coraz krótsze. W stodole nie mieliśmy światła więc po pracy zaraz szło się spać a na kolację budzili mnie koledzy, po której znów kładłem się i spałem do pobudki.

 

Na początku listopada otrzymałem wiadomość, że zmarł dziadek Pomorski. Poszedłem do komendanta obozu z prośbą żeby zwolnił mnie na trzy dni abym mógł pójść na pogrzeb. Niestety zwolnienia mi nie dał i jeszcze dosadnie mnie wyzwał od najgorszych a na koniec jeszcze powiedział abym sobie poszedł bo jeszcze mogę porządnie oberwać. Wyszedłem od niego kompletnie załamany i zapłakany. Opowiedziałem mojemu grupowemu o tej „rozmowie” i, że nie dostałem zwolnienia. Grupowy zawołał kilku kolegów, porozmawiał z nimi po czym przyszedł do mnie i powiedział: „Jutro zaraz po pobudce masz zniknąć na trzy dni a ja i koledzy postaramy się to jakoś zatuszować”. Jak grupowy powiedział, tak zrobiłem. Na długo przed pobudką nie mogłem spać i doczekać się tego upragnionego momentu. Po jej ogłoszeniu wyskoczyłem ze stodoły i poszedłem w kierunku Tłuchowa i dalej do Lipna i Bobrownik. Cały czas oczywiście piechotą. Podróż mi przeszła be większych wrażeń ale idąc miałem duszę na ramieniu.

 

Do Bobrownik przyszedłem pod wieczór tego samego dnia. Dziadka nie zastałem bo było już po pogrzebie. Na drugi dzień po przyjściu do domu nie ruszałem się zeń nigdzie bo bałem się, żeby nie złapali mnie Niemcy co mogło skończyć się dla mnie tragicznie. Trzeciego dnia wymyty, najedzony i zaopatrzony w chleb wyruszyłem w powrotną drogę do Tłuchówka. Wieczorem byłem na miejscu. Zgłosiłem się do grupowego, który powiedział mi, że wszystko jest w porządku. Pytał się tylko o mnie folksdojcz Sikorski gdzie jestem. Grupowy powiedział mi prawdę ale Sikorski nikomu o tym nie zameldował. Podróż się udała ale nogi to bolały mnie porządnie.

 

Nadeszła jesień i w stodole spać pod jednym kocem było już bardzo zimno. Do spania nie rozbieraliśmy się zdejmowaliśmy tylko obuwie. W połowie listopada przeniesiono nasz obóz do majątku Kozi Róg. Zakwaterowano nas w budynku, w którym spaliśmy na podłodze zasłanej słomą. Budynek ten był nie ogrzewany. Zimno było również ale już dużo cieplej niż w stodole. W czasie pracy też dokuczało nam zimno. Ciepłych ubrań ani rękawic nie mieliśmy. Szczególnie było zimno gdy przy niskiej temperaturze zacinał deszcz ze śniegiem. Jednego dnia była taka niska temperatura, że kilku z nas poszło do budynku nad rzeką aby się trochę ogrzać. Nie zauważyliśmy, że w pewnej chwili przy wejściu do niego znaleźli się podoficer z głównym majstrem budowy z kijami w ręku. Zaczęli krzyczeć żebyśmy wychodzili i zaczęło się tłuczenie kijami gdzie popadło. Oberwało się wszystkim porządnie, również i mnie.

 

W ogóle wszyscy nadzorcy chodzili z kijami i kto tylko na chwile chciał odpocząć lub się obijał dostawał zaraz kijem po plecach. Nasz grupowy folksdojcz Sikorski był spośród nich jednym z lepszych. Przez cały czas mojego pobytu na okopach nikogo nie uderzył za co byliśmy mu bardzo wdzięczni.

 

Po przeniesieniu nas do Koziego Rogu w naszej „sypialni” dość dobrze się spało. Jednak wraz z upływem dni pojawiły się wszy i smród. Smród ten powstał ponieważ kilku mężczyzn w nocy nie wychodziło za swoja potrzebą i załatwiali ją wprost na słomę. Nie wiem czy robili to ci co się moczyli czy też było to zwykłe lenistwo. Robactwo, wszy tak się rozpleniły, że mieliśmy ich wszędzie pełno, na głowie, w bieliźnie i odzieży. Najwięcej można było ich zauważyć na swetrze. W moim to dosłownie w każdym oczku siedziała jedna lub nawet dwie weszki. Do gryzienia przez nie człowiek się tak przyzwyczaił, że na ciele nic nie czuł. Mimo, że było zimno to w cieplejsze dni chodziliśmy nad rzekę, rozbieraliśmy się i kijami trzepaliśmy naszą odzież. Nie był to skuteczny środek ale dość dużo się ich zawsze wytrzepało. Niemiecki nadzór problem zawszenia i smrodu w ogóle nie interesował.

 

Na okopach przebywałem do 23 grudnia 1944 r. Następnego dnia zaraz po śniadaniu komendant obozu udzielił nam 4 dni urlopu na okres świąt Bożego Narodzenia. Powrócić do Koziego Rogu mieliśmy 27 grudnia do godziny 21. Ruszyliśmy w drogę w trójkę: Ja, Franek Malinowski i Janek Małkiewicz. Przez Tłuchowo, Dobrzyń nad Wisłą, Szpetal Górny dotarliśmy do Szpetala Dolnego gdzie mieszkał Janek Małkiewicz. Ponieważ było dość późno matka Janka nie chciała puścić nas w dalszą drogę. Tłumaczyła, że mogą złapać nas Niemcy i wynikną z tego surowe dla nas konsekwencje. Posłuchaliśmy jej rady i zostaliśmy na nocleg. Po zjedzeniu skromnej kolacji poszliśmy spać.