Księga gości

Wspomnienia bobrownickie Rozdział 9

 

I znów tułaczka

 

25 grudnia rano gdy był jeszcze ciemno ruszyliśmy z Frankiem przez Witoszyn do Bobrownik. Pani Małkiewicz zostawiliśmy dość dużo weszek ale pocieszaliśmy się, że Janek też je miał. Po minięciu Polichnowa Franek skierował się na Piaski bo tam mieszkał. Ja szedłem dalej, do Bobrownik. W domu byłem około 9 rano w pierwsze święto. Radość była nie do opisania bo mama nie spodziewała się mnie zobaczyć w tak uroczystym dniu. Po przywitaniu powiedziałem, że przywiozłem ze sobą dużo robactwa. Wobec tej sytuacji mama przystąpiła do akcji. Siostry wygoniła do kościoła i dobrała się do mnie. Ubranie i bielizna poszły do pieca a ja odbyłem kąpiel w balii. Po kąpieli dostałem czystą bieliznę i ubranie a mama rozłożyła na stole gazetę i specjalnym grzebieniem czesała mi głowę. Spod grzebienia na gazetę leciały wszy tak jakby padał gęsty grad. Była tego masa, setki a może i setki tysięcy. Po tych wszystkich zabiegach zostałem jakoś doprowadzony do porządku. Jeszcze tylko na noc mama posmarowała mi głowę spirytusem i obwiązała ją żeby zginęły gnidy. Poczułem się znacznie lepiej, czysty i odwszawiony.

 

Nie wiem skąd o moim powrocie dowiedziała się Lida. Przyszła do nas w drugie święto i powiedziała, że już nie pójdę na okopy i zaraz po świętach mam przyjść do nich na Polichnowo i tak też się stało. Zaraz po świętach znalazłem się znów na służbie u Woltera. Był okres zimowy i pracy nie było dużo co w porównaniu z okopami to się równało jak dzień do nocy.

 

W połowie stycznia 1945 roku przyszedł do mojego gospodarza sołtys, ten sam, który mnie zbił za rower i powiedział żeby natychmiast zabierać najważniejsze rzeczy i pakować na wóz i jechać do Bobrownik. Mi natomiast polecił żebym zebrał z Polichnowa wszystkie krowy zaczynając od Wacława Prylińskiego. Jeżeli by się ktoś temu opierał miałem powiedzieć, że wykonuję zarządzenie burmistrza Bobrownik Mullera. Do pomocy przysłał mi jeszcze czterech chłopaków, których bliżej nie znałem.

 

Jak sołtys polecił tak zrobiliśmy. Goniliśmy te krowy po śniegu w kierunku Bobrownik. Ja dodatkowo miałem jeszcze rower mojego gospodarza. Przygnaliśmy całe stado do Bobrownik i nie wiedzieliśmy co dalej z nimi robić. Nikogo o to nie mogliśmy zapytać bo Niemców już nie było. Był późny wieczór i zrobiło się dość ciemno. Zostawiliśmy krowy na rynku, nikt nimi się nie opiekował bo ja poszedłem do domu a moi pomocnicy gdzieś się rozeszli. Zostawiłem rower w stajence i postanowiłem pójść do ciotki Wasilewskiej. Długo u niej nie posiedziałem bo przyszła moja siostra i powiedziała abym natychmiast wrócił do domu. Zrobiłem co powiedziała i poszedłem za nią. W domu zastałem Lidę, która powiedziała, że mam wziąć rower i natychmiast iść razem z nią. Spytałem co robić z krowami a ona odparła żebym się nimi nie martwił. Pożegnałem się z rodziną i poszedłem za Lidą.

 

Wyszliśmy z domu i udaliśmy się drogą w kierunku Nieszawy. Tak zaczęła się moja druga wędrówka w tej wojnie z tym, że w 1939 r. uciekaliśmy przed Niemcami a teraz przed wyzwolicielami. Dokąd nas nogi poniosą tego nikt nie wiedział.

 

Wraz z Lidą dogoniliśmy kolumnę uciekających na Mniszku. Rower załadowaliśmy na wóz i dalej już pieszo szliśmy na zachód. O jeździe na wozie nie mogło być mowy ponieważ było nas pięć osób a wóz cały załadowany był dobytkiem i w dodatku ciągnął go jeden koń.

 

W początkowym okresie naszej wędrówki poruszaliśmy się tylko w nocy a na dzień zatrzymywaliśmy się u gospodarzy na odpoczynek. Później szliśmy przeważnie w dzień. Nasza kolumna była bardzo długa ponieważ byli w niej Niemcy z całej gminy Bobrowniki. W czasie ucieczki nic specjalnego się nie działo. Raz tylko pod Toruniem widzieliśmy jak bombardowano miasto. Kto to robił nie wiedzieliśmy ale po cichu szeptano, że robiły to rosyjskie samoloty.

 

Droga nasza wiodła przez Toruń, Fordon, Koronowo, Sępólno Krajeńskie, Schlochau (Człuchów), Baldenburg (Biały Bór), Bublitz (Bobolice), Köslin (Koszalin) i Treptow (Trzebiatów) aż dotarliśmy do Schwirsen (Świerzno) blisko Cammin (Kamienia Pomorskiego). W Schwirsen zatrzymaliśmy się u Niemieckiego gospodarza. Rozkwaterowano nas w ten sposób, że każdy gospodarz przyjął jedna rodzinę uciekinierów. Dla kogo zabrakło miejsca w Schwirsen tego rozlokowano w okolicznych wioskach i majątkach. Gospodarz, u którego my chwilowo mieszkaliśmy był bardzo bogaty. Ile ziemi posiadał tego nie wiem ale miał pięć roboczych koni, dwanaście krów i dość dużo świń. W gospodarstwie tym zatrudniał jednego mężczyznę, który miał na imie Leon i był Ukraińcem. Była też jedna służąca. Na imię miała Katia i również była Ukrainką. W Schwirsen nic właściwie nie robiliśmy tylko ja pomagałem Leonowi przy oprzątaniu koni i bydła. Jednego tylko dnia wszyscy mieli zajęcie przy młóceniu owsa.

 

Gdzieś po około trzech tygodniach naszego pobytu mój gospodarz otrzymał wiadomość, że na drugi dzień o szóstej rano mamy być gotowi do dalszej drogi. Następnego dnia punktualnie o oznaczonej godzinie cała kolumna bobrownickich Niemców ruszyła dalej. Znów jechaliśmy na zachód i po tak długim odpoczynku pierwszy dzień wędrówki przebiegał całkiem normalnie. Na noc już się nie zatrzymywaliśmy a przerwy mieliśmy tylko na nakarmienie koni. Na drodze spotykaliśmy już dużo więcej uciekinierów ponieważ zaczęli ewakuować się też mieszkańcy Pomorza. Ruch na szosie był bardzo duży. Powodowało to powstawanie korków i bardzo częste zatrzymywanie się. Nasza kolumna się przemieszała i porwała także w znalazło się w niej bardzo dużo innych uciekinierów.

 

Ucieczka

 

Wyjeżdżając ze Świerzna minęliśmy Groß Revenow (Rzewnowo) i dotarliśmy do Parlowkrug (Parłówka). Było to już w nocy i kolumna zatrzymała się bo na szosie powstał zator. Poszedłem kilkanaście metrów do przodu gdzie paliło się ognisko aby się ogrzać. Przy ognisku, obok innych siedział mój znajomy, który miał na imię Stanisław (nazwiska nie znałem). Służył on u Niemca na Gnojnie w gminie Bobrowniki. Niemiec ten pochodził aż z Besarabii i w czasie wojny zajął gospodarstwo pana Modrzejewskiego, którego wysiedlono. Siedzieliśmy obok siebie ze Staśkiem i grzaliśmy się przy ogniu. W pewnej chwili Stasiek powiedział abyśmy zostali na miejscu i dalej z Niemcami nie jechali. Przystałem na to i gdy kolumna ruszyła my nie ruszyliśmy się z miejsca i do rana siedzieliśmy przy ogniu. Gdy trochę się rozwidniło postanowiliśmy wracać do domu. Postanowienie postanowieniem ale wielka niewiadomą było w jakim kierunku mamy się udać. Nie mając wiele do stracenia postanowiliśmy kierować się odwrotnym kierunku niż ten w którym podążała kolumna bobrownickich Niemców. Ruszyliśmy na wschód.

 

Przez niemieckie Pomorze

 

Dość dobrze się nam szło bo nie mieliśmy żadnych bagaży. Ze zdobywaniem żywności też nie mieliśmy żadnych problemów ponieważ uciekający przed frontem Niemcy prawie wszystko pozostawiali w opuszczonych przez nich domach. Początkowo znajdowaliśmy nawet chleb, nie mówiąc już o mleku od krów, czy o świeżych jajach. Piwnice lub spiżarnie były pełne różnych przysmaków takich jak konfitury, powidła, miód i inne, nadające się do zjedzenia rzeczy. Często też natrafialiśmy na mięso w słoikach lub wędzoną słoninę.

 

Tak maszerując napotykaliśmy na coraz mniej uciekinierów. Pod wieczór tego samego dnia dotarliśmy do miasta Gülzow (Golczewo). Żeby nie iść w nocy postanowiliśmy tu zanocować. Znaleźliśmy zabudowania na uboczu i po zjedzeniu kolacji położyliśmy się spać. Widocznie spało nam się dobrze bo obudziliśmy się gdy było już całkiem widno. Która to był godzina tego nie wiedzieliśmy ponieważ nie posiadaliśmy zegarka, a że dzień był pochmurny więc nie mogliśmy zorientować jaka jest pora dnia po położeniu słońca. Po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę.

 

Gülzow (Golczewo) Hauptstrasse, pocztówka z lat 30 XX w.

 

Wieczorem doszliśmy do Plathe (Płoty) nie spotykając ani żywą duszę. W Plathe powtórzyła się sytuacja z dnia poprzedniego czyli kolacja, nocleg a rano śniadanie i w drogę. Tak idąc po jakimś czasie zbliżyliśmy się do jakiegoś miasteczka. Na drodze można było już spotkać od czasu do czasu jakiegoś człowieka. Zauważyliśmy, że gdzieś w odległości 1 km. od miasteczka i 500 metrów od szosy była okopana niemiecka artyleria. Żołnierze nie zwracali na nas żadnej uwagi. W końcu dotarliśmy do miasta. Po przejściu kilku ulic dotarliśmy do rzeki. Nie był ona zbyt szeroka ale przejście na jej drugi brzeg nie było mowy ponieważ most na niej był zburzony. Tak stojąc i rozmyślając co robić zobaczyliśmy w górze rzeczy drewnianą kładkę, która na szczęście była nie zniszczona. Przeszliśmy przez nią na drugi brzeg. Dodać trzeba, że w samym mieście nie spotkaliśmy nikogo. Sklepy były pootwierane, można było wziąć z nich sobie wszystko ale nie zauważyliśmy nic co byłoby dla nas przydatne w dalszej drodze. Po wyjściu z miasta przeczytaliśmy, na tablicy, że nazywało się Regenwalde (Resko).

 

 

Regenwalde (Resko) widok miasta z 1938 r.

 

 

Po przejściu rzeki usłyszeliśmy, że ktoś gra na harmonii. Zdziwiliśmy się bardzo ale ruszyliśmy dalej. Po przejściu ok. 200 – 300 metrów zatrzymali nas trzej nieznani żołnierze. Byli to Rosjanie. Zapytali nas o „bumagi” i jeszcze coś innego lecz my nic z tego nie zrozumieliśmy. Wówczas zaprowadzono nas do jednego z mieszkań, w którym znajdowała się dziewczyna i jakiś starszy pan. Okazało się, że dziewczyna była Ukrainką, która umiała mówić po polsku a tym panem był Niemiec, u którego ona służyła. Z pomocą Ukrainki Rosjanie o wszystko się nas wypytali, kim jesteśmy i gdzie idziemy. Po naszych wyjaśnieniach dano nam jeść i pić oraz poradzono żeby nie iść nocami ponieważ po lasach buszują grupy niemieckich żołnierzy i mogą nas oni zabić. Żołnierze rosyjscy mieli ze sobą wóz zaprzężony w jednego konia. Był on bardzo wąski, miał dwa dyszle oraz w przedniej części dyszli nad karkiem konia był dość duży pałąk. Dziwny się nam ze Staśkiem wydawał ten wóz ponieważ nigdy wcześniej obaj takiego widzieliśmy.

 

Żołnierze wypytywali się dziewczyny o starszego Niemca. Czy jej dokuczał, czy był dobry dla niej itp. My domyślaliśmy się, że chyba chcą tego pana rozstrzelać. Ukrainka też się tego domyśliła i prosiła ich aby tego aby tego nie robili. Nie usłuchali jej jednak i zaprowadzili Niemca kilka domów dalej i w naszej obecności zastrzelili go i powiedzieli nam, że: „Giermańców nada wsiech ubić”.

 

Po tych wszystkich wydarzeniach. Następnego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę. I znów idąc cały dzień nie spotkaliśmy nikogo nie minęliśmy nawet żadnej miejscowości. Dopiero gdy zaczynała się szarówka zobaczyliśmy w odległości ok. 1 km od szosy pojedyncze zabudowania. Skierowaliśmy się tam z nadzieją, że znajdziemy jakiś nocleg. Gdy doszliśmy do zabudowań zastaliśmy w nich dwie litewskie rodziny wywiezione na roboty przymusowe i pracujące w niemieckim majątku. Dobrze się złożyło, że jeden z Litwinów znał język polski i mogliśmy się porozumieć. Początkowo ludzi ci odnosili się do nas z pewnym dystansem ale gdy wyjaśniliśmy im, że jesteśmy Polakami i wracamy do kraju ich stosunek do nas zupełnie się zmienił.

 

Poczęstowano nas kolacją i jedząc rozmawialiśmy o różnych sprawach. W czasie rozmowy dowiedzieliśmy się, że bardzo boją się Rosjan. Uważali jak do nich przyjdą to ich wszystkich wymordują. Litwini do naszego przybycia nie wiedzieli, że wojska radzieckie są już na tych terenach. Powiedzieliśmy im, że widzieliśmy już rosyjskich żołnierzy i nie wyglądali na groźnych. Oni jednak nam nie wierzyli i uparcie stali przy swoim. Opowiadali nam, że w lasach przebywa bardzo dużo niemieckich żołnierzy i prosili nas abyśmy pozostali z nimi tak długo aż wyjaśni się sytuacja. Nie zgodziliśmy się na ich propozycję.

 

Po kolacji poszliśmy na spać na strych domu. Trochę baliśmy się spać w domu z obcymi ludzi i postanowiliśmy ze Staśkiem, że będziemy spać na zmianę, jeden będzie spał a drugi czuwał. Noc jednak minęła bez żadnych niespodzianek. Rano wstaliśmy, poczęstowano nas śniadaniem, po zjedzeniu którego ruszyliśmy w dalszą drogę.

 

I znów idąc nie spotkaliśmy nikogo. Koło południa poczuliśmy głód więc postanowiliśmy zatrzymać się w najbliższej wiosce i się posilić. Gdzieś po ok. godzinie marszu doszliśmy do dość dużej wsi. Zastaliśmy tam cały żywy inwentarz. Były tam krowy, świnie i wszelkie ptactwo. W jakiejś komórce znaleźliśmy różne zapasy. Nie było tylko chleba. Gdy byliśmy zajęci przygotowywaniem jedzenia usłyszeliśmy warkot silników i szczęk jakiego nigdy jeszcze nie słyszeliśmy. Przywarlismy do okna czekając co się będzie działo. Po chwili zobaczyliśmy jak do wioski wjeżdżają trzy czołgi z namalowanymi czerwonymi gwiazdami. Wyszliśmy na ich spotkanie. Rosyjscy czołgiści spytali nas czy nie widzieliśmy „giermańców”. Odpowiedzieliśmy im używając bardziej gestów niż słów, że nie i czołgi pojechały dalej. My również po najedzeniu się poszliśmy w dalszą drogę. W trzecim dniu naszej wędrówki licząc od Regenwalde w jakiejś wiosce zatrzymali nas żołnierze rosyjscy i powiedzieli nam, że nie mogą nas puścić dalej bo w lasach jest dużo wojska niemieckiego i jeżeli pójdziemy w drogę to Niemcy mogą nas zabić. W wiosce tej spędziliśmy trzy dni i znów ruszyliśmy dalej.

 

Na drogach było pojawiło się już dość dużo ludzi. Spotykaliśmy Francuzów, Jugosłowian i innych, którzy zdążali do swoich domów. W czasie naszej wędrówki widzieliśmy dużo trupów niemieckich żołnierzy, których ciała się już rozkładały ale nikt ich nie zbierał i nie grzebał. Tak idąc doszliśmy do miasta Labes (Łobez). Tam znaleźliśmy rowery i nasza podróż stała się by się przyjemnością gdyby nie fakt, że zaczęło brakować żywności. Miejscowości, przez które przechodziliśmy były z niej wyczyszczone. Po bydle znaleźć można było tylko skóry i kości. Żywiliśmy się tylko tym co dostaliśmy od spotkanych żołnierzy radzieckich. Tak jadąc i głodując natknęliśmy się na dużą kolumnę żołnierzy polskich. Dostaliśmy od nich dużo chleba i konserw tak, że na kilka dni mieliśmy głód z głowy.

 

W rosyjskiej „niewoli”

 

W dzień jadąc a w nocy odpoczywając minęliśmy  Dramburg (Drawsko Pomorskie) i Kallies (Kalisz Pomorski). Nic nie wskazywało na to, że nasza podróż może coś zakłócić. Stało się inaczej. Gdzieś w lesie pod Märkisch Friedland (Mirosławcem) zostaliśmy zatrzymani przez żołnierzy radzieckich i wraz z rowerami załadowani na samochód ciężarowy. Z całej kolumny w jakiej się wtedy poruszaliśmy Rosjanie wyłapywali młodych i samotnych mężczyzn. Po zapełnieniu ciężarówki zawieziono nas w głąb lasu i zakwaterowano w drewnianych barakach i powiedziano nam, że będziemy budować lotnisko polowe. Nie przypadło to nam do gustu ale cóż można było w tej sytuacji robić? Tego samego dnia nic nie robiliśmy i po kolacji poszliśmy spać.

 

Rano o godzinie 6 zrobiono nam pobudkę, podzielono na grupy oraz wydano sprzęt do pracy czyli piły i siekiery. Po śniadaniu zaprowadzono nas do lasu. Drzewa w nich nie były duże, ich średnica nie wynosiła więcej niż 15 – 20 cm. Praca mojej grupy polegała na ścinaniu drzew na wysokości 1 metra od ziemi. Takie pieńki wyrywał z korzeniami ciągnik na gąsienicach za pomocą stalowych lin. Pracowaliśmy do obiadu, na który dostaliśmy jakąś zupę i drugie danie z kawałkiem mięsa. W normalnych warunkach byłby to dość dobry posiłek ale był on zupełnie pozbawiony soli i tak było do końca mojej pracy przy budowie lotniska. Po obiedzie wróciliśmy do pracy i tak przeszedł nasz dzień.

 

Nazajutrz razem ze Staśkiem i jeszcze dwoma kolegami umówiliśmy się, że następnego dnia rano uciekniemy. Jak zaplanowaliśmy tak też się stało. Jeszcze przed pobudką opuściliśmy baraki i poprzez lasy oraz polne drogi ruszyliśmy aby dalej od lotniska. Szliśmy tak może półtorej, może dwie godziny aż wreszcie zdecydowaliśmy się wyjść na główną szosę. Długo po niej nie maszerowaliśmy bo gdzieś po pół godzinie zatrzymano nas i , znów załadowano nas ciężarówkę i wróciliśmy do miejsca, z którego wyszliśmy rano. Po tym przymusowym powrocie dostaliśmy porządna reprymendę i powiedziano nam, że jeśli jeszcze raz cos takiego zrobimy to staniemy przed sądem wojennym. Na pocieszenie powiedziano nam też, że po tygodniu pracy zostaniemy zwolnieni będziemy mogli odejść.

 

Znów w drodze do domu

 

Rosjanie dotrzymali słowa i po tygodni znów ze Staśkiem ruszyliśmy w drogę. W Märkisch Friedland znaleźliśmy rower lecz niestety bez opon i dętek. Mimo to wzięliśmy go i na zmianę jechaliśmy na nim. Po szosie asfaltowej jakoś się nim jechało. Trzęsło trochę i gruchotało ale lepiej było na nim jechać niż iść pieszo. Jak już wspomniałem, jeździliśmy na rowerach ze Staśkiem na zmianę. Pech chciał, że moja zmiana wypadła akurat przy wjeździe do miasta Deutsch Krone (Wałcz). Na jednym ze skrzyżowań stał żołnierz radziecki, który mnie zatrzymał. Zawołał innego żołnierza a ten zaprowadził mnie do komendantury wojennej. Byłem tam ponad godzinę. Po wytłumaczeniu się kim jestem i gdzie idę zostałem zwolniony. Chciałem zabrać swój rower swój rower ale żołnierz powiedział: „Maszynu nie nada”. Ruszyłem więc w dalszą drogę pieszo i to w dodatku bez Staśka ponieważ moje zatrzymanie spowodowało, że zgubiliśmy się.

 

 

Dworzec kolejowy w Schneidemuhl (Piła) Zdjęcie z 1941 r.

 

 

Z przygodnie poznanymi kolegami dotarłem do Schneidemühl (Piła). Tam dowiedziałem się, że kursują już pociągi do Bydgoszczy. Poszedłem na dworzec i przekonałem się, że faktycznie za dwie godziny miał odejść pociąg. Poczułem się bardzo głodny a z wyżywieniem było bardzo krucho. Zacząłem chodzić po peronach z myślą, że może zdobędę gdzieś coś do zjedzenia. Miałem szczęście ponieważ spotkałem samotna panią lat około 30. Była ona Ukrainką, znała dobrze język i miała dość duże bagaże a ja nie miałem nic. Dogadaliśmy się, że ona mnie nakarmi a ja pomogę jej załadować się do pociągu. Tak tez się i stało. Marusia, tak miała na imię moja nowa towarzyszka podróży, dała mi jeść i wspólnie czekaliśmy na pociąg. Opowiedziała mi, że wraca do domu z robót przymusowych dla Niemców. Ja jej również opowiedziałem o swoim losie i tak żeśmy przegadali czas do podstawienie pociągu.  Czekało na niego bardzo dużo ludzi ale jakoś udało mi się zdobyć miejsce w przedziale dla nas obojga. Oprócz nas i innych ludzi w przedziale znalazł się żołnierz radziecki, ranny w głowę, który jechał do Bydgoszczy. Marusia zaraz nawiązała rozmowę z żołnierzem i między innymi opowiedziała mu wszystko co mnie dotyczyło. Wieczorem pociąg dotarł do Bydgoszczy. Na dworcu dowiedzieliśmy się, że pociąg do Warszawy, którym mógłbym pojechać dalej będzie podstawiony dopiero następnego dnia rano. W tej sytuacji żołnierz zaproponował abyśmy poszli z nim do komendy miasta  i tam przenocowali a rano udamy się na dworzec i pojedziemy dalej.

 

Rano, skoro świt razem z Marusią udaliśmy się na dworzec odprowadzani przez poznanego w Pile żołnierza. Na miejscu okazało się, że pociąg jest już załadowany i o wejściu do środka nie może być mowy. Żołnierz zaproponował żebyśmy w związku z tym poczekali do następnego pociągu ale kiedy miał on odjechać tego nikt nie wiedział. Powiedziałem, że do domu mam już blisko i dam sobie radę. Pożegnaliśmy się serdecznie i Marusia razem z żołnierzem wrócili do miasta.

 

Nie pozostało mi nic innego jak dostać się jakoś do pociągu. Chodząc wzdłuż niego doszedłem do przekonania, że najlepiej będzie gdy wejdę na dach wagonu i w ten sposób jakoś pojadę. Wdrapałem się na niego i spodziewałem się, że zaraz ktoś mnie przegoni. Nic takiego jednak się nie stało, wręcz przeciwnie, za moim przykładem poszli inni i wkrótce na dachach wagonów siedziało pełno ludzi podobnie jak na ich stopniach i buforach. Cały pociąg wyglądał jak kiść winogron i nikt nie przejmował tym jak może zakończyć się taki sposób podróżowania. Było to już lato, początek lipca i pogoda była dobra a nawet bardzo dobra. Około 9 rano pociąg ruszył. Jechało mi się bardzo dobrze. Pociąg pędził, pęd powietrza chłodził letni  skwar. Tak przyjemnie podróżując minąłem siedząc na dachu wagonu Toruń. Tu znów odezwał się głód cholernie mi dokuczając ale o jakimkolwiek pożywieniu w tych warunkach nie mogło być mowy, zresztą na dachu nikt jej nie miał. Pocieszałem się tym, że zostało mi już tylko kilka godzin jazdy i znajdę się w domu a tam już na pewno najem się tyle ile będę chciał.

 

Pociąg zatrzymywał się na każdej stacji. Minęliśmy Nieszawę, serce pchało mi się do gardła  a dusza siedziała na ramieniu. Zacząłem wpatrywać się w prawy brzeg Wisły i nie mogłem doczekać się kiedy zobaczę Bobrowniki. Wreszcie ujrzałem miejsce rodzinne, tak długo oczekiwane. Emocje przybrały na sile. Serce łomotało w piersiach, sucho zrobiło się w gardle.

 

Przystanek kolejowy Lubanie na Kujawach. Pociąg zatrzymał się, pożegnałem kolegów z dachu, zeskoczyłem na ziemię i ruszyłem w kierunku Bobrownik. Słońce ładnie przygrzewało i dość szybko znalazłem się nad Wisłą. Usiadłem na brzegu i rozmyślałem co też dzieje się w Bobrownikach nie myśląc o tym jak przedostać się na drugi brzeg a woda na rzece była dość duża, powyżej normalnego stanu.