Księga gości

Wspomnienia bobrownickie Rozdział 10

 

Powrót do domu

 

Nie wiem jak długo siedziałem nad Wisłą rozmyślając o ty, że już prawie jestem w domu. Z zadumy wyrwał mnie jakiś obcy głos. Obejrzałem się i zobaczyłem, że stoi za mną dobry znajomy, pan Szmajda, ten sam, u którego w 1939 r. ukrywał się przed Niemcami tata. Mimo, że nie widział mnie przez całą wojnę poznał mnie od razu i zapytał mnie co ja tutaj robię. Odpowiedziałem, że wróciłem z Niemiec. Pan Szmajda powiedział mi, że rodzina bardzo ucieszy się z mojego powrotu ponieważ prawie mnie już opłakali sądząc, że zginąłem. Powiedział również, że ojciec mój jest teraz bogaty bo wziął poniemiecką gospodarkę po Mareckim, u którego w czasie okupacji służyła moja siostra Alfreda. Ta wiadomość zatkała mnie i całkowicie przygnębiła. Pomyślałem, że znów trzeba będzie pracować od świtu do nocy tak jak u Fenckiego na Bógpomóż. W pierwszej chwili przyszło mi na myśl żeby do domu nie wracać ale jednak instynkt rodzinny wziął górę i pomyślałem sobie, że zobaczę się z rodziną, a szczególnie z ojcem, którego nie widziałem całą wojnę a później zobaczę co dalej robić.

 

Po krótkiej wymianie zdań pan Szmajda zaproponował mi, że przewiezie mnie przez rzekę na co chętnie przystałem. Płynąc przez Wisłę w pauzach w rozmowie z panem Szmajdą zastanawiałem się, kogo spotkam w Bobrownikach. Myślałem też, że na ulicy Senatorskiej, przy której stał nasz dom będzie gwarno i rojno od ludzi. Tak rozmawiając i rozmyślając przepłynąłem Wisłę. Gdy łódka dobiła do brzegu podziękowałem panu Szmajdzie i przez parchonie ruszyłem do domu. Gdy dotarłem na ulicę o dziwo nie spotkałem na niej ani jednego człowieka. Serce waliło mi jak młot i mało z wrażenia nie wyskoczyło z piersi. Doszedłem do naszego domu, wszedłem na podwórko i nic, cisza jakby makiem zasiał. Postałem trochę, zrobiłem kilka kroków i już byłem w sieni. Pukam do drzwi do kuchni i słyszę: „Proszę”. Otwieram je i zastaje następujący obrazek: Tata leżał na leżance i chyba drzemał (były to godziny przed południowe), mama stała przy kuchni a przy stole siedział wujek Krażewski z ciotką. Starszej siostry nie było w domu a obie młodsze były w pokoju. Na mój widok mama krzyknęła: „Kazik wrócił!” Powstał niesamowity harmider. Mama rzuciła się w moim kierunku a tata zerwał się z leżanki i podbiegł do mnie. Powstała radość nie do opisania. Gdy przywitałem się ze wszystkimi zaczęto mnie wypytywać, gdzie byłem, co robiłem i dlaczego tak późno wróciłem? Zadawano tez szereg innych pytań, na które musiałem odpowiedzieć. Rozmowa początkowo był bardzo chaotyczna z powodu radości  całej rodziny z mojego powrotu i wszystko było by dobrze gdyby nie to, że nikt nie mówił nic o jedzeniu a mi „kiszki marsza grały”. Nie wspominałem jednak o tym bo wstydziłem się upominać o to aby dano mi coś zjeść. Chciało mi się też zapalić papierosa ale tu znów bałem się co tata na to powie i tak się męczyłem. Wreszcie po opadnięciu pierwszych emocji i upływie dłuższego czasu mama spytała mnie czy jestem głodny. Odpowiedziałem skromnie, że: „Coś by się zjadło”. Mama szybko uwinęła się przy kuchni i już po chwili zostałem nakarmiony.

 

Rozmowom nie było końca, musiałem dokładnie opowiedzieć jakie były moje losy. Trochę mnie to denerwowało ponieważ chciałem wyjść na ulice i spotkać się z kolegami ale nie było jak to zrobić. Tata powiedział, że będzie nam się żyło lepiej niż przed wojną ponieważ wziął gospodarstwo po Niemcu Mareckim. Wiadomość ta po raz drugi nie przypadła mi do gustu ale cóż ja, biedny, miałem zrobić? Nic, tylko czekać na dalszy rozwój wypadków. W czasie rozmowy najgorsze było to, że w ogóle nie potrafiłem powiedzieć do ojca  „tato”. Słowo to gdy było potrzebne zawsze wylatywało mi z głowy i zamiast niego mówiłem „panie” lub „gospodarzu”. Dość długo to trwało zanim z powrotem przyzwyczaiłem się do słowa „tata” i pozbyłem się przyzwyczajenia używania tych dwóch słów.

 

Po południu mama kierowana intuicją czy też doświadczeniem zdobytym po tym jak wróciłem z okopów do domu a może po prostu zobaczyła jak się drapałem zawołała mnie do okna i zajrzała we włosy na głowie. To co zobaczyła tak ja przeraziło, że krzyknęła: „Kazik masz na głowie pełno robactwa i w bieliźnie na pewno też!” Natychmiast zagrzała wodę, nalała ja do balii i zaczęło się szorowanie całego ciała. Po umyciu usiadłem na stole a mama specjalnym grzebieniem wyczesała mi z głowy wszy a było ich miliony, no może setki tysięcy. Po tych zabiegach oraz zmianie bielizny i ubrania mogłem wreszcie wyjść na ulicę i rozejrzeć się za kolegami.

 

Spotkałem ich prawie wszystkich oprócz Janka Pupkowskiego, który razem ze mną uciekał z bobrownickimi Niemcami. Koledzy powiedzieli mi, że w Bobrownikach jest wojenna komenda rosyjska, której dowódcą jest major Szamarandzin. Ma on do pomocy dwóch żołnierzy, Kolę i Saszę. Jakie mieli nazwiska ci żołnierze tego do końca ich pobytu w Bobrownikach się nie dowiedziałem. Bobrowniki w czasie mojej tułaczki nic się nie zmieniły. Na rynku stał jakiś rozbebeszony ciągnik na gąsienicach a na rozwidleniu ulic koło młyna wodnego leżała w mule ciężarówka. Jak powiedzieli mi koledzy ciągnik był ruski a ciężarówka niemiecka.

 

Gospodarstwo

 

Na drugi dzień wziąłem rower i pojechałem zobaczyć nasze nowe gospodarstwo. Było ono dość duże, liczyło ok. 70 hektarów. Był w tym areale ładny kawałek lasu oraz dość dużo łąk. Na gospodarstwie mieszkała siostra Fredzia, pozostała rodzina mieszkała w Bobrownikach. W czasie obejścia gospodarstwa zastałem w nim następujący inwentarz: Jeden koń ruski, ślepy na jedno oko, dwa młode źrebaki mające ponad rok życia, dwa woły, które zostawili Rosjanie, naszą poczciwą „gomułę” oraz dwie stare jałówki, jednego cielaka i trzy nieduże świniaki. Z majątku ruchomego były tam snopowiązałka, dwie kosiarki, siewnik, dwie młocarnie; jedna do młócenia na prostą słomę a druga na targaną, jeden wóz na drewnianych kołach, bryczka, wialnia, śrutownik, maneż (kierat) oraz inny sprzęt potrzebny do uprawy ziemi. Najbardziej jednak mnie zdziwiło, że na miejscu byli starzy gospodarze, Mareccy. Była tam też Niemka Olga Wize, która w czasie wojny mieszkała na Piaskach. Pomyślałem sobie, że nie jest tak źle i na gospodarstwie ma kto pracować. Trochę się jednak przeliczyłem ponieważ starzy Mareccy nie nadawali się do pracy w polu. Stary robił jedynie obrządek przy inwentarzu.  Po obejrzeniu gospodarstwa wróciłem do Bobrownik.

 

Początkowo nic nie robiłem ani w domu ani w gospodarstwie. Razem z kolegami jeździliśmy rowerami, kąpaliśmy się w Wiśle a wieczorami chodziliśmy po ulicach całą gromadą i śpiewaliśmy różne piosenki. W ogóle w tych dniach ludzie w Bobrownikach cieszyli się odzyskaną po okupacji wolnością a my razem z nimi.

 

Taka sielanka trwała do żniw. Z chwilą kiedy się one zaczęły trzeba było wziąć się do pracy. W zbiorach zbóż pomagali nam wujek Wasilewski z synem Heńkiem, wujek Krażewski oraz pan Burzyński, który mieszkał na Polu Bobrownickim i miał jednego konia. Praca była zorganizowana następująco: Tata jeździł kosiarką a my wszyscy wiązaliśmy snopki. Pod wieczór skoszone i związane snopki ustawialiśmy w stogi. Po skoszeniu zaczęła się zwózka, następnie robiło się podorywki i siało poplony. Potem zebrane zboże młóciliśmy, czyściliśmy i jego część odstawialiśmy do Lipna jako zapłatę za otrzymaną gospodarkę. Praca ciągnęła się do późnej jesieni, po omłotach nastąpiły sianokosy, oranie pod zasiew oraz zbiór ziemniaków i buraków.

 

Czasu wolnego nie miałem zbyt wiele i na spotkania z kolegami pozostawały mi tylko wieczory i niedziele. W tym czasie do siostry Alfredy chodził Włodek Zacharski, którego znałem jeszcze z czasów wojny ponieważ podobnie jak ja służył on u Niemca na Polichnowie i bardzo często spotykaliśmy się przy różnych okazjach. Po niedługim czasie Władek się z Alfredą ożenił. Wesela nie wyprawiano, było tylko skromne przyjęcie w gronie najbliższej rodziny.

 

Pogrzeb pomordowanych

 

Należy wspomnieć, że po powrocie do Bobrownik z Warszawy tata był parę miesięcy komendantem milicji gminnej a wspominam o tym ponieważ miało to wpływ na pewne wydarzenie, które zaszło jeszcze przed moim powrotem do domu. Otóż w miesiącu czerwcu 1945 r. postanowiono sprowadzić prochy zamordowanych w 1939 r. bobrowniczan  i uroczyście je pochować. Razem zabitych było 18 i 5 z Radomic. Uroczystość miała następujący przebieg:

 

W lesie koło Karnkowa gdzie zostali zakopani rozstrzelani odkryto ich mogiły. Znajdowały się w nich już tylko kości. Zebrano je do trzech trumien, które ustawiono na wozach i przewieziono do Bobrownik na góry. Na górach na kondukt pogrzebny czekał ksiądz wraz z asystą, orkiestra  oraz bardzo dużo ludzi, miejscowych i przybyłych z okolic, także z Radomic. Na górach rozpoczęła się ceremonia pogrzebowa a następnie cały kondukt przeszedł ulicami do kościoła, w którym odprawiono mszę święta w intencji pomordowanych.

 

Tak się złożyło, że na kilka dni przed uroczystościami pogrzebowymi wrócił do Bobrownik  Niemiec Podsiadło, który między oprócz innych przyczynił się do zamordowania Polaków z Bobrownik. Z miejsca go zatrzymano i sprowadzono na posterunek milicji. W tym samym czasie gdy zatrzymano Podsiadłę na posterunku zjawili się dwaj żołnierze radzieccy, którzy byli obsługą bobrownickiej komendantury wojennej. Żołnierze zapytali ojca kim jest nie znany im człowiek i co robi on na posterunku.  Tata, który znał język rosyjski powiedział im kim on jest  i o co jest oskarżony.  Wówczas Sasza i Kola tak się zdenerwowali, że zaczęli Podsiadła okładać czym się dało. W tym biciu tak się zapamiętali, że gdyby im tata nie przeszkodził to chyba by Niemca wykończyli.

 

W czasie kiedy kondukt pogrzebowy przechodził przez rynek, nazwany po wojnie Placem Wolności, milicjanci przyprowadzili Podsiadłę z aresztu aby zobaczył ceremonię po czym odprowadzono go z powrotem do aresztu. Gdy skończyły się ceremonie pogrzebowe w kościele całe trumny wraz z tłumem towarzyszących im ludzi przewieziono ulicą Kościelną i następnie Senatorską z powrotem na Plac Wolności gdzie w jego centralnym miejscu przygotowana była mogiła. Po ceremoniach kościelnych mowę pożegnalną wygłosił mój tata, następnie orkiestra zagrała „W mogile ciemnej” i trumny złożono do grobu.

 

W tym samym dniu wieczorem gdy tata był w domu ci sami żołnierze, którzy wcześniej pobili Podsiadłę włamali się do aresztu i powtórnie tak go zbili, że aż stracił przytomność. Gdy ją odzyskał, popełnił samobójstwo podcinając sobie żyły. O fakcie tym tata dowiedział się następnego dnia rano. Podsiadłę pochowano na cmentarzu ewangelickim na Bógpomóż Starym. Jeszcze tego samego roku na mogile pomordowanych postawiono pomnik z tablicą, na której wypisane są nazwiska i imiona wszystkich ofiar.

Całe to zdarzenie opisałem na podstawie opowiadań taty i kolegów ponieważ mnie jeszcze w tym czasie w Bobrownikach nie było.

 

OSP Bobrowniki, Kółko teatralne

 

Przez cały czas pracowałem na gospodarce a wieczorem spotykałem się z kolegami w Bobrownikach i prawdę mówiąc nudziliśmy się bardzo. Ten stan rzeczy zmienił się gdy wczesną jesienią 1945 r. wstąpiłem do Ochotniczej Straży Pożarnej. Prezesem jej w Bobrownikach był pan Bronisław Szatkowski, naczelnikiem Edward Konopacki a zastępcą naczelnika Włodzimierz Rajch. Rajchowie byli pochodzenia niemieckiego a Włodek przed wojną służył w Wojsku Polskim  jako podoficer  i całą wojnę przesiedział w niewoli w Niemczech. Jego rodzina mieszkała w Bobrownikach. Po wkroczeniu Niemców i przez całą okupację nie przyznawali się do swojego pochodzenia i mimo nacisku ze strony władz niemieckich nie wyparli się polskości. Z tego powodu byli prześladowani ale Polski nie zdradzili. W czasie okupacji Niemcy proponowali podpisanie  eingedeutschte także mojej mamie a to ze względu na nasze nazwisko. Mówili, że jak mama się zgodzi to tata będzie mógł wrócić do rodziny ale mama odrzuciła te propozycje.

 

Prezes OSP Szatkowski był dobrym organizatorem i potrafił zjednać sobie młodzież. Zorganizował kółko teatralne, w którym brałem czynny udział. Uczyliśmy się ról, wystawialiśmy różne przedstawienia w Bobrownikach a także w innych miejscowościach. Reżyserem i kierownikiem był pan Szatkowski. Oprócz sztuk co rok na Boże Narodzenie zawsze wystawialiśmy Jasełki czyli sztukę o narodzeniu Pana Jezusa. Na naszych przedstawieniach mieliśmy zawsze komplet publiczności i przeważnie każdą sztukę przedstawialiśmy kilka razy. Ostatnia sztuką jaka przygotowaliśmy w zimie 1949 r. byli „Krakowiacy i Górale”.  Mieliśmy już prawie wszystko przygotowane do przedstawienia łącznie z kostiumami i scenografią. Na dwa tygodnie przed przedstawieniem pan Szatkowski pojechał do powiatu po zezwolenie. W Lipnie takiego zezwolenia na wystawienie sztuki nie uzyskał. Władze powiatowe oświadczyły, że „Krakowiacy i Górale” są na indeksie i nie wolno jej wystawiać. Takie zarządzenie miało wydać Ministerstwo Kultury. Nie było mocnych na takie zarządzenie. Po powrocie z Lipna pana Sztakowskiego i przekazaniu nam decyzji , że sztuka nie będzie wystawiona nastąpiło wśród nas wielkie rozgoryczenie i  żal do władz za to, że tyle czasu i wysiłku włożyliśmy w przygotowania i wszystko to zdało się na nic.

 

Zabawy, nauka tańca

 

Zarząd OSP Bobrowniki bardzo często urządzał zabawy taneczne, z których dochód był przeznaczony na cele związane z funkcjonowanie straży a także na zakup sprzętu i umundurowania. My, szeregowi strażacy w czasie tych zabaw pilnowaliśmy porządku i pełniliśmy dyżur przy drzwiach aby nikt kto nie posiadał biletu nie dostał się do sali tanecznej. W  1945 roku takich zabaw było organizowanych bardzo wiele ale my młodzi chłopcy i dziewczyny nie potrafiliśmy tańczyć. Człowiek patrzył jak starsza młodzież na zabawach wywija polki, oberki, tańczy walca lub tango. Zazdrość była ogromna ale wyszliśmy z tej sytuacji obronną ręką i nauczyliśmy się jako tako tańczyć tak, że po miesiącu czasu mogliśmy tańczyć na sali ale tylko wtedy gdy było bardzo ciasno. Wraz z dziewczynami tańczyć uczyliśmy się u państwa Pupkowskich w ich domu przy ulicy Lipnowskiej. Co wieczór zbieraliśmy się tam i deptaliśmy sobie po piętach. Do tańca na organkach przygrywał nam Tadeusz Kopczyński a czasem ktoś akompaniował mu na grzebieniu. Nasze tańce trwały do godziny 21 ponieważ obowiązywała godzina policyjna. Nad jej przestrzeganiem czuwał komendant wojenny ze swoimi żołnierzami oraz milicja.

 

Dla dodania sobie odwagi przeważnie wypijaliśmy po „jednym głębszym”. Nie wiem skąd ale koledzy zawsze skombinowali coś „mocniejszego”. Ponieważ w 1945 r. nie było alkoholu w sprzedaży wykombinowali gdzieś spirytus. Był on bardzo mocny więc zaprawialiśmy go wodą. Co ciekawe robił się on wtedy biały jak mleko. Nie było to dobre ale cóż mogliśmy poradzić? Silniejsza był chęć nauczenia się tańczyć. Cóż warty był chłopak, który przyszedł na zabawę i stał jak kołek w kącie sali. Ten spirytus jesienią 1945 r. oficjalnie sprzedawano w bufecie na zabawach za jakieś marne grosze. Tak było do zimy 1946 roku, kiedy to źródełko spirytusu „wyschło” a pojawił się za to „bimber” czyli samogon. Ten gatunek alkoholu był już do przyjęcia choć smakował różnie.

 

W czasie naszej nauki tańca zdarzył się pewien śmieszny wypadek. Pewnego wieczoru tańczyliśmy tak zapamiętale, że nie zauważyliśmy, że przekroczyliśmy godzinę policyjną. Gdzieś po około 30 minutach po 21 usłyszeliśmy pukanie do drzwi i wołanie aby je otworzyć. Tańce zostały natychmiast przerwane a my schowaliśmy się do kuchni, która był pusta. Stała w niej duża kopańka z mąką (kopańka – duże koryto wydłubane  z jednego kawałka drzewa lipowego). W tym czasie gdy żołnierze rosyjscy wchodzili do pokoju Kazik Stróżyna potknął się o tą kopańkę i wpadł do niej cały. Wszyscy zaczęliśmy się głośno śmiać i usłyszeli to żołnierze. Otworzyli drzwi do kuchni i krzyczą: „Wychodzić!” Na widok Kazika całego w mące parsknęli głośnym śmiechem i dzięki temu cały incydent został zbagatelizowany i nie ukarano nas. Żołnierze powiedzieli nam tylko żebyśmy na drugi raz godziny policyjnej przestrzegali.

 

W listopadzie 1945 roku komendant wojenny Szamarandzin zorganizował przyjęcie z okazji rocznicy wybuchu rewolucji październikowej. Brałem w nim udział lecz nie było ono udane ponieważ większość  jego uczestników uległa zatruciu. Jaka była tego przyczyna nie wiem ale starsi mówili, że major struł nas wódką. Trzeba przyznać, że nie była ona dobra i inna od tych, które używaliśmy do tego czasu. Odchorowałem bardzo to przyjęcie przez trzy dni goniło mnie na dwa końce.

 

Pod koniec 1945 roku major Szamarandzin wraz ze swoimi żołnierzami opuścili Bobrowniki. Dodam jeszcze, że mój tata z powodu pełnionej funkcji miał częsty kontakt z Saszą i Kolą i oni nazywali go „Leninem” a to z racji łysiny i wąsów i mimo braku bródki tak charakterystycznej dla wodza bolszewickiej rewolucji.