Księga gości

Wspomnienia bobrownickie Rozdział 11

 

Młodzieńcze figle

 

Od 1 października 1945 r. podjąłem przerwana wojna edukację i zacząłem wraz z koleżankami i kolegami chodzić na kursy wieczorowe, które umożliwiły mi ukończenie szóstej klasy szkoły powszechnej. Tygodnie i miesiące ulatywały prawie, że niezauważalnie. We dnie pracowałem na gospodarce a wieczory zajmowała mi szkoła. Na Boże Narodzenie nasze kółko teatralne wystawiło Jasełki czyli historię o narodzenia Pana Jezusa. Były one przeplatana śpiewaniem kolęd. Odtwarzałem w nich rolę diabła.

 

Nadszedł nowy rok  a z nim nowe nadzieje na lepszą przyszłość lecz w moim życiu nie zmieniało się nic. W 1946 r. przeprowadzono parcelację gospodarstw poniemieckich. Z dużych areałów zrobiono małe. W wyniku tego podziału tata otrzymał około 10 hektarów. Tyle samo dostał mój szwagier Władek Zacharski. Pozostałą ziemię po Mareckim otrzymali inni gospodarze. Wiosną zakończyło się chodzenie do szkoły i miałem trochę więcej czasu. Znów chodziliśmy z kolegami po Bobrownikach i śpiewaliśmy różne piosenki. Któregoś wieczoru ktoś z nas, nie pamiętam już kto, wpadł na szatański pomysł, który wspólnie zrealizowaliśmy. Otóż na rozwidleniu ulic Nieszawskiej i Podgórnej stał wrak  samochodu ciężarowego pozostałego po wycofujących się wojskach niemieckich. Ciężarówkę tę przetoczyliśmy i postawiliśmy w poprzek ulicy. Ciężko było to zrobić ale jakoś daliśmy radę. Po dokonaniu tego „czynu” poszliśmy dalej ulicą Nieszawską, przy której leżały trzy bardzo grube ociosane drzewa sosnowe. Znów ktoś rzucił myśl abyśmy i tymi chojniakami przegrodzili ulicę co też zrobiliśmy chociaż poszło nam to dużo ciężej niż przy samochodzie. Działo się to wszystko późnym wieczorem i nikt z osób mieszkających przy ulicy Nieszawskiej nie widział naszych wyczynów.

 

Następnego dnia rano przyszła do nas milicja, która była umundurowana a tata nie był jej już jej komendantem. Rozmowa z milicjantami była krótka, powiedzieli: „No młody, człowieku chodź z nami na posterunek.” Mama zapytała w jakim celu mam z nimi iść a oni powiedział jej w czym rzecz. Ja oczywiście wypierałem się wszystkiego ale milicjanci stwierdzili, że na posterunku wszystko się wyjaśni i mam iść razem z nimi. Nie było sensu się opierać i posłusznie wykonałem ich polecenie. Na miejscu okazało się, że nie byłem tam pierwszy bo  przed posterunkiem stała już duża grupa moich kolegów. Okazało się, że wszystkich nas wydał Heniek Rosiaków. W ciągu godziny milicja ściągnęła wszystkich uczestników wczorajszych „figlów”. Gdy już byliśmy wszyscy w komplecie najstarszy z nas, Cezar Zalewski uformował nas w kolumnę czwórkową i ze śpiewem na ustach poszliśmy odgradzać ulicę Nieszawską. Poszło nam to ciężej niż dzień wcześniej ale w końcu usunęliśmy zawalidrogi. Po wykonanej pracy znów z pieśnią na ustach wróciliśmy przed posterunek i tu „władza ludowa” wymierzyła nam karę za nasze figle. Każdy z nas musiał na rzecz milicji przez dwa dni piłować i rąbać drzewo opałowe.

 

„Niech żyje wolność”

 

Rok 1946 wyróżnił się tym, że w miesiącu czerwcu odbyło się referendum, w którym społeczeństwo miało odpowiedzieć na trzy pytania:

 

  1. Czy jesteś za zniesieniem Senatu?
  2. Czy chcesz utrwalenia w przyszłej Konstytucji ustroju gospodarczego, zaprowadzonego przez reformę rolną i unarodowienie podstawowych gałęzi gospodarki krajowej, z zachowaniem ustawowych uprawnień inicjatywy prywatnej?
  3. Czy chcesz utrwalenia zachodnich granic Państwa Polskiego na Bałtyku, Odrze i Nysie Łużyckiej?

 

Z powodu referendum w Bobrownikach odbywały się różne zebrania oraz rozplakatowano po całej osadzie bardzo dużo materiałów propagandowych. Na ścianach i na płotach malowano hasło: „3 x tak”. Referendum odbyło się u nas spokojnie i bez żadnych incydentów.

 

W dalszym ciągu pracowałem na gospodarstwie i aktywnie działałem w OSP. Pracy było dużo bo szwagier, Władek Zacharski pracował na swoim a ja z tatą na swoim choć prawdę mówiąc to tata do pracy w gospodarstwie specjalnie się nie przykładał ponieważ w tym czasie był radnym i przewodniczącym Gminnej Rady Narodowej w Bobrownikach. Tata działał też w Gminnej Spółdzielni Samopomocy Chłopskiej i w szeregu innych instytucjach tak, że praca na gospodarstwie była na mojej i młodszych sióstr głowach. Mama na gospodarce nie pracowała przygotowywała tylko posiłki dla rodziny. Sytuacja pogorszyła się jeszcze gdy do Niemiec wywieziono starych Mareckich i Olgę Wyze i do pracy zostaliśmy sami. Ciężko było ale cóż mieliśmy robić?

 

Działalność społeczna wiązała się z okazjami do wypicia mocniejszych trunków i jak tata już dobrze sobie podpił to gdzie tylko szedł zawsze krzyczał: „Niech żyje wolność!” Wyglądało to dość humorystycznie ale miało swoje głębokie przyczyny. Tata przez całą okupację musiał ukrywać się przed Niemcami, którzy go ścigali i rozesłali za nim list gończy. Żył pod fałszywym nazwiskiem w Warszawie i dodatkowo ryzykował podwójnie bo działał w konspiracji w Armii Krajowej. Po wyzwoleniu skończyła się jego tułaczka i ukrywanie się i tata cieszył się, że odzyskał osobistą wolność i dawał temu upust gdy tylko alkohol rozwiązał mu trochę język. Władze kusym okiem patrzyły na te jego wyczyny bo przecież wznoszenie tego rodzaju okrzyków w rzeczywistości powojennej było dość dwuznaczne.

 

Loterie fantowe

 

Po wojnie jedną z atrakcji w Bobrownikach stały się loterie fantowe połączone z zabawą taneczną organizowane przez Ochotniczą Straż Pożarną. Na tydzień przed planowana loterią wszyscy strażacy byli dzieleni na grupy i chodzili po wyznaczonych wsiach. Tak chodząc od gospodarza do gospodarza zbierali fanty na loterię. Oczywiście gospodarze dawali wszystko za darmo. Jakie to były fanty? Ano różne: Ceramika, talerze, dzbanki, garnki, szklanki, itp. Ptactwo domowe takie jak kury, gęsi, kaczki indyki, perliczki. Były również króliki a czasem zdarzały się nawet prosiaki. Oprócz tego straż kupowała ze swoich funduszy słodycze, ciastka i cukierki, z których robiono paczki. Fantów było bardzo dużo.

 

W niedzielę od samego rana wszyscy strażacy robili na rynku różnego rodzaju półki, ustawiali klatki z ptactwem i robiono wszystko aby loteria wypadała jak najbardziej okazale. Zaraz po głównym nabożeństwie czyli po sumie ludzie gromadzili się wokół fantów i kupowali losy, z których co trzeci wygrywał. Potem zaczynało się losowanie, któremu przygrywała orkiestra. Loterii zawsze towarzyszyło zawsze dużo śmiechu. Po jej zakończeniu odbywała się zabawa taneczna z bufetem dobrze zaopatrzonym w zakąski i oczywiście w alkohol. Zabawa zawsze trwała do białego rana a nie raz i do godziny 6.

 

W 1946 roku dość dużo starszych kolegów powołano do wojska. Między innym z Bobrownik powołano Mietka Stróżynów oraz Tadeusza Eluszkiewicza. Po kilku miesiącach okazało się, że Mietek zdezerterował. Któregoś dnia przyjechali żołnierze z oficerem szukać Mietka a wśród tych żołnierzy był Tadek Eluszkiewicz. Jak starsi mówili Tadek służył w „kanarach” (przed wojna formacja ta nosiła żółte otoki na czapkach). Mietka nie złapano a gdzie się ukrywał tego oprócz rodziny nikt nie wiedział. W każdym bądź razie Mietek już w wojsku nie służył.

 

Od jesieni 1946 roku znów zacząłem chodzić do szkoły na kursy wieczorowe obejmujące program 7 klasy szkoły powszechnej. Wieczorami nasze kółko teatralne przygotowywało znów jakąś sztukę i tradycyjnie Jasełki na Boże Narodzenie.

 

W styczniu 1947 r. wydarzeniem było przybycie żołnierzy WP, którzy mieli zabezpieczać wybory do Sejmu. Wprowadzono ponownie godzinę policyjną od 22 do 5 rano. W niedzielę pan Jóżef Stróżyna zebrał kilku chłopaków w tym i mnie i wręczył nam kartki z numerami abyśmy rozrzucili je na drogach prowadzących do Bobrownik ale tak aby nikt nie wiedział kto to zrobił. Wybory te odbywały się w ten sposób, że nie głosowano na listy kandydatów ale do urn wyborczych wrzucano kartki z numerami, które oznaczały poszczególne partie polityczne.

 

Na wiosnę 1947 roku ostatecznie przeprowadziliśmy się na Bógpomóż a nasz dom na Senatorskiej wynajęliśmy panu Biernatowi.

 

Nauka zawodu

 

Cały ten rok przeszedł mi na pracy w gospodarstwie a wieczorami jak dawniej chodziliśmy ulicami albo siedzieliśmy na ganku jakiegoś domu i opowiadaliśmy sobie dowcipy. W zimie 1947/1948 naprzykrzyła mi się praca w gospodarce i postanowiłem wyuczyć się zawodu. W Bobrownikach możliwości edukacji w tym zakresie były nikłe a dojeżdżać do Lipna czy Włocławka było ponad moje siły. W tym czasie nie kursowały autobusy do tych miast bo drogi były polne  i ograniczały komunikację ze światem zewnętrznym.

 

Wobec takiego stanu rzeczy zdecydowałem uczyć się zawodu w zakładzie pani Rutkowskiej. Był to warsztat kowalsko – ślusarski, w którym mistrzem był pan Franciszek Świderski. Oprócz mistrza w warsztacie pracował syn pani Rutkowskiej Leszek, który był z mojego rocznika i byliśmy kolegami. Praca w warsztacie była ciężka i brudna ale mi się podobała. Pracowaliśmy od godziny 7 rano do późnych godzin wieczornych. Wykonywaliśmy różne prace: Okuwaliśmy wozy, podkuwaliśmy konie, naprawialiśmy różne maszyny rolnicze czyli wszystko co było związane z metalem. Warsztat był już trochę zmechanizowany, mimo, że nie było prądu to tokarkę, wiertarkę i szlifierka napędzane były silnikiem spalinowym. Nie było zmechanizowane kręcenie wentylatorem aby podgrzać żelazo w palenisku oraz walenie młotem. To walenie młotem to była najcięższa praca, szczególnie przy nakładaniu osi do wozów. Nieraz przy tej pracy ręce odmawiały posłuszeństwa i wówczas Leszek Rutkowski mówił: „Mocności ręka”. W miarę upływu miesięcy człowiek jednak się i do tego przyzwyczaił.

 

Nauka zawodu miała trwać trzy lata a następnie zdawało się egzamin czeladniczy w cechu. Ja tej przyjemności niestety nie doznałem.

 

Awans w straży

 

W lecie 1948 roku straż pożarna zakupiła motopompę, która zastąpiła dotychczas używaną sikawkę ręczną. W związku z tym zakupem zostałem skierowany na kurs motopompistów do Lipna. Kurs trwał cały tydzień i po jego zakończeniu zostałem awansowany z szeregowego strażaka na komendanta sekcji. Straż zakupiła również nowe mundury z czapkami rogatywkami.

 

OSP miała już motopompę ale nie mieliśmy ją czym wozić. Wobec tego prezes OSP pan Szatkowski zrobił projekt wozu strażackiego, na którym miała pomieszczenia motopompa, węże oraz inny sprzęt niezbędny do gaszenia pożarów.  Wykonawcami wozu byli stelmach, pan Leon Kopczyński a osprzęt metalowy (okucia) pan Stanisław Eluszkiewicz. O ile z pierwszym wykonawcą nie mieliśmy kłopotów to przy drugim one się pojawiły ponieważ za swoją pracę chciał on dużo więcej pieniędzy niż to wcześniej uzgodniono. OSP tych pieniędzy nie miała a on nie chciał czekać. Pewnego dnia cały oddział strażaków pod dowództwem komendanta udał się na podwórze koło kuźni i siłą zabrał gotowy wóz strażacki, który został zamknięty w remizie. Stało się tak ponieważ czas nas naglił bowiem za tydzień miała się odbyć podniosła uroczystość poświęcenia nowego wozu połączona z loterią fantową i zabawą. Cała uroczystość odbyła się w terminie i zajęła mieszkańcom Bobrownik i okolic całą niedzielę.

 

OSP odgrywała bardzo ważną rolę w Bobrownikach. Strażacy obsługiwali wszystkie święta kościelne, Wielkanoc, procesję w Boże Ciało a także inne. Oprócz własnych ćwiczeń, które odbywały się zawsze w niedzielę rano straż organizowała zawody sportowe. Były to zawody lekkoatletyczne, gra w piłkę siatkową. W sezonie letnim prawie wszystkie niedziele były zagospodarowane jakąś rozrywką, zabawą, loterią lub zmaganiami sportowymi.

 

 

Bobrownicka Ochotnicza Straż Ogniowa. Zdjęcie z około 1948 r. Autor wspomnień w trzecim rzędzie od dołu, trzeci z prawej. Drugi z lewej w pierwszym rzędzie jego ojciec, Zygmunt Buller wówczas członek zarządu O. S. P. Bobrowniki.

 

 

Tak mijał kolejny mój rok w Bobrownikach. U jego schyłku jak zwykle naszym kółku teatralnym przygotowaliśmy Jasełki na Boże Narodzenie oraz jakąś sztukę na sezon zimowy. Oprócz sztuki głównej zawsze po jej zakończeniu przygotowywaliśmy humoreskę jednoaktową.