Księga gości

Wspomnienia bobrownickie Rozdział 12

 

„Witaj majowa jutrzenko

 

Na początku maja 1948 roku zdarzył się pewien wypadek, który poruszył mieszkańców Bobrownik. Było to tak: Drugiego maja zorganizowano zabawę taneczną. Zabawa jak zabawa odbyła się bez żadnych incydentów. Gdy miała się już ku końcowi odprowadziłem moją sympatię, Halinę Gajewską do domu. Wracając z powrotem, a był to godzina około 6 rano, musiałem przejść obok Domu Strażaka. Zobaczyłem, że mimo zakończonej zabawy paliło się tam światło a drzwi wejściowe były otwarte. Z ciekawości zaszedłem do środka i zastałem tam mojego ojca, komendanta OSP, całą orkiestrę oraz kilku innych znajomych, którzy mocno ciągnęli czyli jak to się mówiło „dojrzewali”. Tata mnie zobaczył i zawołał do stołu. Przysiadłem się i wraz ze wszystkimi „rąbnęliśmy” po dobrym kielichu. W tym momencie ktoś powiedział, że przecież dzisiaj jest 3 maja, przed wojna bardzo ważne święto państwowe. Na te słowa pan Bogdan Mamrzyński, który grał na trąbce a przed wojną służył w orkiestrze wojskowej wstał, wziął swój instrument i zagrał „Witaj majowa Jutrzenko” a gdy grał wszyscy obecni stali na baczność. Po odegraniu „Jutrzenki” mój tata wzniósł toast, który wypiliśmy. Po tym toaście ktoś zaproponował żeby odegrać jeszcze raz „Jutrzenkę” ale przed Domem Strażaka. Ponieważ wszyscy mieli dość dobrze „w czubie” namawiać do tego nikogo nie było trzeba. Orkiestra wzięła instrumenty dęte i na schodach i odegrała donośnie utwór. Po tej ceremonii wszyscy wrócili do sali tanecznej i znów wzniesiono toast. Po toaście ktoś rzucił pomysł aby uczcić święto 3 maja tak jak to się robiło przed wojną. Wszyscy tej inicjatywie przyklasnęli. Wypito znów po jednym głębszym dla kurażu, orkiestra wzięła instrumenty i ruszyliśmy wszyscy na pochód. Szliśmy od Domu Strażaka przez ulicę Senatorską. Orkiestra grała „Jutrzenkę” czyli :

 

„Witaj dniu trzeciego maja, który wolność nam zwiastujesz. Pierzchła już ciemiężców zgraja. Polsko, dzisiaj tryumfujesz!”

 

Ludzie słysząc tak rano grającą orkiestrę powstawali z łóżek i dołączali do pochodu. Nie wszyscy oczywiście. Pochód koło stawu skręcił w ulicę Kościelną i wrócił na rynek pod pomnik pomordowanych. Zebrała się tam dość duża grupa bobrowniczan. Wówczas mój tata wygłosił z pomnika płomienne przemówienie o swoich pochowanych pod nim kolegach. Przemówienie taty tak wzruszyło zebranych, że wszyscy i trzeźwi i pijani płakali „jak bobry”. Po przemówieniu orkiestra odegrała"W mogile ciemnej".

 

Po zakończeniu marsza żałobnego pochód się rozwiązał. Ludzie rozeszli się do domów, organizatorzy pochodu wraz z orkiestrą weszli do Domu Strażaka i jeszcze po jednym „głębszym” wypito. Około godziny 7.30 wszyscy rozeszli się do domów. Ja z tata dociągnęliśmy do domu gdzieś o 8 rano. Po zabawie oraz niespodziewanych obchodach święta 3 maja mama nas przywitała nie tak przyjemnie jak byśmy tego chcieli. Dostaliśmy od niej taka burę, że nie ma co o niej wspominać.

 

Po tym incydencie myśleliśmy, że będą jego jakieś konsekwencje ze strony władz ale jakoś wszystko przeszło cicho i nikt nie miał z tego tytułu kłopotów.

 

„Zamach" na władzę ludową

 

Jesienią tego samego roku przybył do Bobrownik nowy komendant MO sierżant Bolesław Buler pochodzący gdzieś z okolic Torunia. Nie był on skoligacony z naszą rodziną. Wspominam o nim ponieważ odegrał on dość poważna rolę w wydarzeniach, które dotknęły moją rodzinę.

 

Minął rok 1948 i weszliśmy w nowy 1949, który to rok bardzo zaważył na moim dalszym życiu i karierze zawodowej. Zima minęła dosyć spokojnie, graliśmy jakąś sztukę, ja wciąż terminowałem w zakładzie pani Rutkowskiej co zajmowało mi całe dnie tak, że nie miałem zbyt wiele czasu. Po pracy wracałem do domu, myłem się i maszerowałem do Bobrownik do mojej sympatii.

 

Nadeszły święta Wielkanocne. Jak nakazywał zwyczaj w drugie święto strażacy zorganizowali zabawę taneczną. Przebiegała ona spokojnie i nic nie wskazywało na jej nieszczęśliwy finał. Po zabawie odprowadziłem Halinę i wracałem do domu. Przechodząc koło domu strażaka usłyszałem głośne rozmowy. Zajrzałem do środka i ujrzałem, że przy stole zastawionym alkoholem siedzą i popijają tata, Edek Konopacki, Kazik Stróżyna i Bolek Pietrusiński oraz komendant MO Buler, milicjant Kazanecki, Janek Marszewski ormowiec, ten sam, z którym służyłem na Bógpomóż u Fenskego oraz jeszcze jeden ormowiec.

 

Jak mnie zobaczyli zawołali do towarzystwa. Po wypiciu kilku kolejek odezwałem się do Janka Marszewskiego z pretensjami o to, że przez niego w czasie okupacji dostaliśmy porządne bicie od żandarma. Zaczęła się dosyć ostra wymiana słów między nami, cywilami a milicjantami i ormowcami. Nie pamiętam kto dał temu początek w każdym razie zaczęliśmy się bić. Ponieważ mieliśmy przewagę  o jedną osobę to „władzy ludowej” porządnie się oberwało i doszło do tego, że nasi przeciwnicy uciekli z Sali i schronili się na posterunku. My młodzi chcieliśmy rozwalić tam drzwi i dokończyć zaczętego „dzieła” ale tata i Edek Konopacki powstrzymali nas w obawie, że milicja może nas oskarżyć, że zorganizowaliśmy napad na posterunek. Przekonali nas i daliśmy im święty spokój. Wróciliśmy do Domu Strażaka, chyba jeszcze coś „pociągnęliśmy” i rozeszliśmy się do domów. Wydarzenie to miało miejsce dość wcześnie rano i nikt spoza jego uczestników o nim nic nie wiedział.

 

W trzecie święto (przed wojną Wielkanoc oraz Boże Narodzenie obchodzono trzy dni) po przespaniu się i ubraniu poszedłem do Haliny do sklepu napić się piwa ponieważ po wczorajszej zabawie mocno chciało mi się pić. Nie zdążyłem wypić go do końca gdy nadszedł milicjant i powiedział, że mam się z nim udać na posterunek. Gdy znaleźliśmy się na nim pomiędzy mną a komendantem Bulerem wywiązała się dość ostra dyskusja na temat wczorajszego zdarzenia. Po wymianie zdań zamknięto mnie w oddzielnym pokoju. Długo tam sam nie byłem ponieważ co kilkanaście minut przyprowadzano kolejnych uczestników bójki z milicją. Początkowo myśleliśmy, że zostaniemy przesłuchani i wieczorem puszczą do domu. Nasz nadzieje okazały się płonne. Po obiedzie (my siedzieliśmy głodni) pod posterunek podjechał samochód produkcji amerykańskiej Dodge, którym przyjechało czterech funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Na masce samochodu umieszczony był ręczny karabin maszynowy.

 

 

W rękach Urzędu Bezpieczeństwa

 

W dalszym ciągu myśleliśmy, że UB nas przesłucha i wypuści. Daremnie jednak na to czekaliśmy ponieważ nikt z UB z nami nie rozmawiał. Natomiast godzinę po ich przyjeździe pod posterunek podjechały dwie furmanki. Jedną powoził mój szwagier Władek Zacharski a drugą Alojzy Pupkowski. Jak zobaczyliśmy podwody miny nam bardzo zrzedły ponieważ stało się jasne, że zabiorą nas do Lipna do UB.

 

Nie wiem jak to się stało ale o tym, że siedzimy zamknięci dowiedziały się całe Bobrowniki. Przed posterunkiem zgromadziło się bardzo dużo ludzi. Po krótkim czasie wyprowadzono nas pod bronią gotową do strzału i posadzono na wozach. Naszą trójkę na jednym a tatę i Edka Konopackiego na drugim. Ludzi zaczęli płakać bo nie wiedzieli właściwie co się stało ale widzieli, że jesteśmy traktowani jak ciężcy zbrodniarze.

 

Kolumna dwóch wozów i samochodu ruszyła. Pierwsze jechały furmanki a za nimi Dodge z wycelowanym w nas karabinem maszynowym. Jeszcze przed wyprowadzeniem nas z posterunku jeden z ubowców ostrzegł nas, że jeśli ktoś będzie próbował uciekać to zostanie zastrzelony bez ostrzeżenia. Nikomu z nas jednak to do głowy nawet nie przyszło.

 

Pod wieczór dojechaliśmy do Lipna i stanęliśmy przed budynkiem Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa. Zabrano nas wszystkich do środka a podwody zwolniono. Pora był późna więc nikt z nami nie rozmawiał. Zamknięto nas tylko w areszcie w jednej celi tatę i Edka Konopackiego i nas trzech w drugiej. Przed zamknięciem zabrano nam wierzchnie okrycia i obuwie. Pozostaliśmy w lekkim ubraniu i w skarpetkach. Cela, w której siedzieliśmy z kolegami była bardzo ponura. Wąska i długa, podłoga z cementu i okienko wysoko tak, że nie można było do niego dosięgnąć. Żadnego wyposażenia, ani pryczy ani nawet taboretu. Za to zimno było jak w przysłowiowej „psiarni”. Ponieważ był to początek kwietnia to wieczory i noce były dość chłodne a cele oczywiście był nie ogrzewane. Całą noc przechodziliśmy a gdy nogi już bolały to siadało się na podłodze i tak długo się siedziało aż się porządnie zmarzło i wtedy znów rozpoczynało się chodzenie. Mimo, że światła też nie było to w tych warunkach nie mogło być mowy o spaniu.

 

Na drugi dzień otrzymaliśmy na śniadanie po kawałku chleba i czarną, gorzka kawę. Około godziny 10 rano z naszej celi ja jako pierwszy zostałem wezwany na przesłuchanie. Jakież było moje zdziwienie gdy wprowadzono mnie do pokoju przesłuchań i ujrzałem w nim siedzącego za biurkiem Janka Marszewskiego, tego samego, z którym służyliśmy u Niemców na Bógpomóż i razem byliśmy na okopach w Tłuchowie. Janek kazał mi usiąść. Funkcjonariusz, który mnie przyprowadził wyszedł a usiadłem na krześle, które miało specyficzną budowę polegająca na tym, że na płaskim siedzisku przymocowana była trójkątna listwa. Jak się usiadło to jej ostry kant idealnie pasował do środka pośladków i kości ogonowej. Siedzenie na takim krześle to były istne tortury.

 

Na wstępie Janek powiedział mi, że jeżeli ktoś wejdzie do pokoju w trakcie przesłuchania to mam się do niego zwracać per „pan”. Na szczęście nikt nam naszej rozmowy nie przerywał i mogłem na krześle kręcić a Janek nie zwracał na to uwagi. Koledzy później opowiadali, że oni musieli siedzieć prosto i nie ruszać się. Współczułem im z tego powodu.

 

Przesłuchanie trwało dość długo chociaż trudno było to nazwać przesłuchaniem ponieważ była to normalna rozmowa. Opowiedziałem Jankowi o całym zajściu w Bobrownikach oczywiście w innych kolorach. Janek moje zeznania zaprotokółował, przeczytał mi a ja je podpisałem. Po tej ceremonii jeszcze dość długo rozmawialiśmy o naszych wspólnych przeżyciach. Pod koniec zapytałem Janka jakie mogą być konsekwencje naszego „przestępstwa” a on mi odpowiedział, że nie widzi w tym nic groźnego ale sprawa sądowa na pewno będzie. Powiedział mi jeszcze żebym o naszej rozmowie nikomu nie mówił, nawet kolegom z celi i dodał, że jutro wieczorem wszystkich nas zwolnią. Na tym moje „przesłuchanie” się zakończyło i więcej nie byłem już wzywany. Wszyscy zatrzymani byli przesłuchiwani tylko jeden raz ale z nimi postępowano inaczej i to dość ostro, jak to mi później opowiadali.

 

Po obiedzie cały czas siedzieliśmy w celach ale już było znacznie lepiej ponieważ oddano nam buty a na noc oddano okrycia wierzchnie. Następnego dnia po śniadaniu całą piątką czyściliśmy na podwórku ubeckie samochody i w dalszym ciągu czekaliśmy na wyniki śledztwa. Sprawa się wyjaśniła około godziny 18. Zaczęto kolejno nas wzywać oświadczając nam, że zostajemy zwolnieni ale nie możemy bez wiedzy MO w Bobrownikach opuszczać miejsca zamieszkania ponieważ przeciw nam zostanie wytoczona sprawa sądowa.

 

Wyszliśmy przed budynek UB i w czwórkę czekaliśmy dość długo na mojego tatę aż wreszcie poradzono mi żebym się wrócił i zapytał o ojca. Zrobiłem to ale ubowiec jak na mnie wrzaśnie: „Spier… gówniarzu żebym cię na oczy nie widział bo jak nie to jeszcze ciebie zamkniemy!” Co miałem robić? Wyleciałem z budynku UB i powiedziałem jak się sprawa przedstawia. Edek Konopacki na to powiedział: „Chłopaki nie mamy co czekać bo ojca nie zwolnią, idziemy”.

 

Przed nami było 20 kilometrów polnej drogi do Bobrownik, która pokonaliśmy w około cztery godziny. W domu byłem późnym wieczorem. Wszyscy ucieszyli się z mojego powrotu ale z drugiej strony zapanował smutek bo razem ze mną nie wrócił tata. Nazajutrz mama pojechała do Lipna na UB aby dowiedzieć się o ojca. Gdy wróciła powiedziała nam, że tata nie będzie zwolniony i będzie miał odrębną sprawę.

 

Sąd

 

Na nasza sprawę czekaliśmy około miesiąca. W międzyczasie Edek Konopacki znalazł w Lipnie dobrego adwokata, któremu w naszym imieniu przedstawił sprawę. Adwokat powiedział krótko: „Panowie, jeśli chcecie wyjść cało z tej imprezy to trzeba dobrze „posmarować”. Zebraliśmy dość dużą sumę pieniędzy, która Edek wręczył adwokatowi i po powrocie powiedział nam: „Chłopaki, sprawa jest na dobrej drodze i nikt z nas nie będzie siedział ani nie będzie płacił żadnej kary”.

 

W maju 1949 roku nadszedł dzień rozprawy. Pojechaliśmy na nią do Lipna furmanką. Przed wyznaczoną godziną woźny posadził nas na ławie oskarżonych a świadkowie czyli rzekomi „poszkodowani” pozostali na korytarzu. Na początku rozprawy sędzia sprawdził nasze dane personalne, odczytał akt oskarżenia i przystąpił do przesłuchania świadków. Ostatecznie zeznania złożył tylko jeden z nich po czym sędzia zarządził przerwę w rozprawie. Po przerwie ogłosił wyrok, na mocy którego sprawa została umorzona. Rozprawa na tym się skończyła i byliśmy wolni.

 

Po wyjściu z sądu poszliśmy do restauracji aby uczcić nasze „zwycięstwo” jednym „głębszym”. Do tej samej restauracji przyszli również nasi oskarżyciele i po wypiciu iluś tam kieliszków o mały figiel znów doszło by do draki ale jakoś się wszystko wyjaśniło i grzecznie wróciliśmy do domów.

 

Tata miał rozprawę dwa tygodnie później w tym samym sądzie. Oskarżony był z innych paragrafów i nie można było mu pomóc. Zarzucano mu , że był „kułakiem”, rozrabiaką i podjudzał społeczeństwo do obchodów przedwojennych świąt (3 Maja). W sumie tata dostał wyrok 10 miesięcy więzienia do odsiadki. Po wyroku na drugi dzień przewieziono go z Lipna do więzienia do Włocławka.

Komendant MO w Bobrownikach sierżant Buler, który spowodował nasze kłopoty skończył podobno marnie. Po przeniesieniu go na inny posterunek ktoś go zabił a jego ciało znaleziono po dość długim czasie na polu w zbożu.

 

Powołanie do wojska i pożegnanie Bobrownik

 

Po tych przeżyciach życie w naszej rodzinie toczyło się bez specjalnych zdarzeń aż do końca maja kiedy to dostałem wezwanie z Rejonowej Komendy Uzupełnień we Włocławku do stawienia się na komisji poborowej w Lipnie. Po przebadaniu zostałem uznany za zdolnego do służby wojskowej bez zastrzeżeń i poinformowano mnie, że na początku jesieni dostanę wezwanie do wojska. Po komisji wróciłem do Bobrownik już jako poborowy, dumny z faktu, że uznano, że bez przeszkód mogę iść do wojska. Lato mijało szybko i zaczynała się jesień. We wrześniu dostałem wezwanie abym 3 października 1949 r. stawił się w RKU we Włocławku na godzinę 8 rano. Oprócz mnie z Bobrownik dostali wezwania: Leszek Rutkowski, Zygmunt Frej, Bolek Pietrusiński, Heniek Kopczyński oraz kilku innych z okolicy. Ponieważ prawie wszyscy byliśmy członkami straży pożarnej to zarząd OSP postanowił nam urządzić pożegnalna zabawę taneczną w niedzielę 2 października. W tygodniu przed zabawą byliśmy pożegnać się z księdzem Józefem Malkiewiczem, naszym proboszczem, który był z tego tytułu bardzo zadowolony i poczęstował nas wszystkich winem i ciasteczkami i powiedział, że w niedzielę odprawi w naszej intencji mszę świętą. Tak też się stało. Msza odbyła się bardzo uroczyście. Ksiądz Malkiewicz wygłosił płomienne kazanie, w czasie którego polecił nas opiece Boskiej i życzył nam szczęśliwego ukończenia służby wojskowej i powrotu do domu. Udzielił nam także błogosławieństwa na drogę.

 

Całą niedzielę czyli nasz „ostatni dzień wolności” obchodziliśmy bardzo wesoło. Wieczorem odbyła się zabawa taneczna na naszą cześć. Bawiliśmy się wspaniale do samego rana.  Mieliśmy wielkie powodzenie u dziewczyn, każda chciała z nami zatańczyć ostatni kawałek przed rozstaniem na dwa długie lata. Oczywiście nie opuściliśmy żadnego tańca. Ja głownie bawiłem się z moją sympatią, Haliną. Po zabawie wróciłem około godziny 7 do domu. Czekał tam na mnie mój przyszły szwagier  Karol Chojnacki, który miał mnie zawieźć do Włocławka. Po krótkim pożegnaniu z rodziną, która się popłakała i zabraniu „wałówki” ruszyliśmy w drogę. Najgorzej rozpaczał za mną syn Fredzi, Zygmunt, który miał 4 lata. Mały Zygmunt odprowadził nas kawałek, żal mi go było ale cóż można było zrobić „służba nie drużba”.

 

W RKU we Włocławku byliśmy około godziny 10. Pożegnałem się z Karolem i  wszedłem do budynku Komendy Uzupełnień. Myślałem, że będę miał jakieś kłopoty za spóźnienie ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Załatwiono mnie bardzo szybko. Dowiedziałem się, że zostałem przydzielony do szkoły podoficerskiej w Słupsku  i, że miałem czas do godziny 15 kiedy to miała być zbiórka wszystkich poborowych i wymarsz na dworzec kolejowy.

 

Skorzystałem z tych paru wolnych godzin i poszedłem do więzienia odwiedzić tatę. Naczelnik nie chciał mi udzielić widzenia ale gdy mu powiedziałem, że idę do wojska nie stawiał już mi przeszkód w zobaczeniu się z ojcem. Nasze spotkanie trwało zaledwie pół godziny, rozmawialiśmy o sprawach rodzinnych a na koniec tata udzielił mi kilku rad odnośnie służby wojskowej i powiedział, że po wyjściu na wolność odwiedzi mnie w Słupsku. Do mojego wyjazdu tata siedział w więzieniu już 6 miesięcy i zostało mu jeszcze ich 4 do zwolnienia.

 

Przed godziną 15 zaczęto nas ustawiać przed RKU w kolumnę. Razem ze mną byli Leszek Rutkowski i Zygmunt Frej, którzy byli skierowani do tej samej szkoły co ja. Było nas wszystkich poborowych 120. O godzinie piętnastej przybyła orkiestra wojskowa i z nią na czele pomaszerowaliśmy na dworzec. Tam po załadowaniu się do specjalnie zarezerwowanych dla nas wagonów ruszyliśmy w nieznane.