Księga gości

Zygmunt Reich - uwagi i komentarze do książki K. Tomma "Beberen und seine Siedlungen" (1941)

 

Autorem poniższego tekstu jest Pan Zygmunt Reich, który podjął się trudu przetłumaczenia książki Karola Tomma, w okresie międzywojennym nauczyciela w szkole niemieckiej we wsi Bógpomóż Stary, pod tytułem "Beberen und seine Siedlungen" wydanej  przez wydział propagandy NSDAP (Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei, Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników) w Lipnie w 1941 r. Pan Reich nie poprzestał jedynie na suchym tłumaczeniu jej treści ale dodał do niej swoje uwagi i spostrzeżenia będące bardzo interesującym komentarzem do książki K. Tomma i cennym świadectwem uczestnika niektórych, opisywanych w niej wydarzeń. Publikując tekst  Pana Zygmunta Reicha zachowałem jego oryginalne brzmienie prostując jedynie niektóre, nieco zawile skonstruowane zdania i poprawiając ich interpunkcję oraz zatytułowałem poszczególne części wspomnień.

W. Buller

 

 

Autor pisze o kulisach powstaniu książki K. Tomm o Bobrownikach  i o powodach, które skłoniły go do jej przetłumaczenia

 

 

Impulsem  i równocześnie głównym motywem dla Karola Tomme, do napisania tej książki o Bobrownikach były dwa zdarzenia, które miały miejsce w latach 1927 – 1931. Pierwsze z nich, to jest przypadkowe znalezienie w roku 1927-29 pod podłogą u Józefa Suskiego w Bobrownikach przy ul. Senatorskiej 3 „Księgi – kroniki z pergaminami przywilejów i praw wydanych dla grodu i późniejszego miasta Bobrowniki” przez książęta Mazowsza, którzy też równocześnie byli władcami ziem pruskich, leżących na prawym brzegu wzdłuż rzeki Wisły od Chełmna począwszy poprzez Złotorje, Bobrowniki do Dobrzynia włącznie, jak i królów Polski z tej epoki. Z tej to księgi Karol Tomm zrobił fotokopie i odpisy dokumentów w latach 1928 – 31 przed oddaniem księgi do wojewódzkiego muzeum w Toruniu.

 

Drugim ważnym wydarzeniem było przypadkowe wykopanie, popielnicy – urny z popiołem i resztkami niedopalonych kości ludzkich, prawdopodobnie z okresu kultury łużyckiej, w obejściu gospodarstwa August Fandrey w miejscowości Rybitwy Stare.

 

Lecz niestety, sam autor K. Tomm, pominął milczeniem niektóre sprawy mające istotne znaczenie dla rzetelnego przedstawienia zdarzeń historycznych zawartych w tej książce o Bobrownikach a bardzo wstydliwe dla butnego, niemieckiego „Teuton Kulturträger” (teutoński krzewiciel-nosiciel kultury) lub też pominięcia tego celowo dokonała hitlerowsko – goebelsowska komórka propagandy NSDAP (Narodowo Socjalistyczna Niemiecka Partia Pracy) w Lipnie, której to kosztem w 1941 roku książka została wydana. Względnie też uznano, iż przyznanie się do terroru, rasistowskich prześladowań, niewolnictwa, grabieży majątków, stosowania bicia i wymyślnych tortur w XX wieku przez naród o wysokiej kulturze jest jednak hańbą, której to potomnym, za 50, 100 czy 1000 lat należy oszczędzić by z całym spokojem sumienia i pełną wiarą w nieskazitelną, świetlaną moralność chrześcijańską swych przodków wierzyli i byli z tej przeszłości dumni i nadal butni jak dla „Herrenvolku” (narodu panów) w niemieckim wydaniu przystoi. Sądzę, iż wydawcy przemilczając fakty świadczące o krwiożerczym fanatyzmie hitlerowskiej falangi mieli nadzieję zamazać niechlubny okres w historii tysiącletniej, hitlerowskiej III Rzeszy Niemieckiej pozostawiając jedynie wiekuistą chwałę oręża dzielnej, chrześcijańskiej armii nazistowskich Niemiec.

 

W każdym razie ja, jako tłumacz, biorący w pewnej mierze bezpośredni udział w wydarzeniach tej tragicznej pięcioletniej nocy okupacji i niewoli hitlerowskiej dla wszystkich narodów zamieszkujących Polskę w 1939 r. mam szczery zamiar, o wiadomej mi prawdzie dołączyć kilka uwag własnych przy poszczególnych rozdziałach albo może i w osobnej ulotce.

 

Jeżeli uda mi się to wykonać prawidłowo i rzeczowo, zgodnie z realnymi faktami tamtego czasu i jeśli znajdą się czytelnicy, którzy zechcą przeczytać o wydarzeniach zawartych w tych uwagach, będzie to dla mnie satysfakcja za poniesiony trud przy ich zapisywaniu. Zachętą i bodźcem dla mnie do wykonania tłumaczenia i częściowego urealnienia faktów zamieszczonych w wydaniu niemieckim książeczki „Beberen” były: Moje córki, Ania Milewska i Danusia Kletkiewicz z Bobrownik, jak również pan profesor Ryszard Kukier z Torunia. Tym osobom więc należy zawdzięczać, że dla pamięci przyszłego pokolenia zostanie na piśmie utrwalony pewien wycinek z historii prastarego grodu Słowian i od 1403 roku miasta Bobrowniki jak również w średniowiecznej stolicy Ziemi Dobrzyńskiej i starostwa bobrownickiego. Zaś przy tej robocie, ja osobiście byłem zmuszony poduczyć się solidnie zrozumienia języka niemieckiego aby temu zadaniu sprostać.

Zygmunt Reich, tłumacz z musu

 

 

Wspomnienia autora związane z objawieniem na polnej gruszy, do którego miało dojść w okolicy Bobrownik

 

 

Fotografia polnej gruszy rosnącej jeszcze w 1932 roku na wzniesieniu w polu gospodarza Hermana Rossala przy zjeździe z góry w ulicę Lipnowską nie jest „gruszą cudu” opisywaną przez Karola Tomme w jego książce. Prawdziwa grusza cudu znajdowała się na polu gospodarza Alfreda Guse przy drodze z Chełmicy do Bobrownik prowadzącej przez Grabiny, Gnojno i Piaski na gliniastym wzniesieniu a znajdowała się tam jeszcze w roku 1949 i być może rośnie tam do dzisiaj, to jest w roku 1995.

 

Ja w roku 1931 szedłem z moim ojcem, Fryderykiem Reich, urodzonym w Olesznie w 1872 r., właśnie tą drogą, z Bobrownik przez Piaski, Gnojno, Grabiny, Łochocin do wsi Szczepanki, aby dokonać malowania w domu gospodarzy Rollof. W czasie mijania cudownej gruszy usłyszałem od ojca historię rzekomego, cudownego objawienia się Matki Boskiej z dzieciątkiem Jezus w konarach właśnie tej gruszy.

 

W wieku 11-12 lat trzy noce z rzędu ojciec przychodził z Oleszna ze swoimi rówieśnikami, Nikodemem Olasińskim i Alfredem lub Aleksandrem Leśnikowskim by naocznie ujrzeć szeroko rozpowiadany, też i w Olesznie, zaistniały cud na gruszy. Przychodzili nocą gdyż w porze dziennej carscy kozacy nahajkami pielgrzymów rozpędzali i też równocześnie osadzali w Bobrownikach w areszcie na jedną, dwie doby żeby nabożnym ludziom obrzydzić pielgrzymowanie. Niestety tak mój ojciec jak i jego koledzy nie dostąpili szczęścia aby cudowne zjawisko im się ukazało. Należy również sądzić, że cud gruszy przyczynił się do pobudowania w Bobrownikach murowanego aresztu z dwiema wspólnymi celami i drewnianą pryczą po piętnaście osób ale w tym czasie w obydwu celach zamykano równocześnie   60-100 osób.

 

Podobną historię tegoż cudu opowiedział mi w latach 1954-55 mój teść, Andrzej Zygnerski, urodzony w 1873 roku a zamieszkały w tym czasie po stronie niemieckiej, na prawym brzegu Drwęcy w okolicy Młyńca. Jego matka z domu Uzarska (prawdopodobnie chodzi tu o Juliannę Uzarską, ur. 5 maja 1850 r. w Bobrownikach, córkę Stanisława i Józefy Uzarskich. Dopisek W. Buller) była siostrą powstańca. Uzarski w powstaniu był oficerem lub też dowódcą oddziału działającego na naszym terenie. Po upadku powstania Uzarski aby uniknąć Sybiru zmuszony był do ucieczki na teren Prus a następnie do Francji. Gospodarstwo jego zostało przez carskich urzędników skonfiskowane i sprzedane Niemcowi z Bobrownik o nazwisku Koch (a w nazewnictwie ruskim zmienione na Kochowicz) zaś dwunastoletnia siostra wyrzucona została z własnego domu i jako żebraczka sierota powędrowała w nieznany i obcy jej świat i tak zawędrowała w okolice Młyńca a stamtąd do Prus. Tam w późniejszym czasie wyszła za mąż za pruskiego obywatela o nazwisku Zygnerski, który był ojcem mojego teścia.

 

W wieku 10 – 12 lat teść wraz ze swoim ojcem był kilka razy w Bobrownikach pod cudowną gruszą i zawsze od wieczoru do świtu uważnie obserwowali drzewo w nadziei, iż uda im się zobaczyć cudowną zjawę lecz niestety cudownego objawienia Matki Boskiej z dzieciątkiem Jezus nigdy nie udało im się zobaczyć.

 

Pielgrzymka dla nich była dodatkowo uciążliwsza, gdyż nocą musieli przekraczać graniczną Drwęcę i dzień poświęcić na przejście ponad 40 km. aby w czasie nocy obserwować drzewo bo w dzień kozacy kręcili się, jeździli po okolicy uniemożliwiając pielgrzymom pobyt w pobliżu cudownego drzewa. Każda ich pielgrzymka musiała trwać trzy doby ale silna wiara i nadzieja naocznego ujrzenia cudu pozwalało im na przetrwanie kilkurazowego wysiłku i trudu tej pielgrzymki.

 

Z porównań opisu dokonanego przez K. Tomme i opowiadań moich świadków biorących w pewnym stopniu bezpośredni udział w tym wydarzeniu nasuwa mi się skojarzenie, że K. Tomme pomylił samą datę wydarzenia i okres jego trwania o co najmniej 10 lat (K. Tomm podaje, że do cudownego objawienia doszło w 1873 r. Dopisek W. Buller) względnie ta data została błędnie podana w roku 1941 kiedy to ta książka tłumaczona była przez wydział propagandy hitlerowsko – niemieckiej w Lipnie z języka polskiego na język niemiecki (z Bobrowniki na Beberen). Dokładnie jest mi wiadomo, że K. Tomme wydrukować dał w drukarni lipnowskiej co najmniej 5 – 100 egzemplarzy tej książki w języku polskim w roku 1938 jesienią lub też wiosną roku 1939. Pierwszą korektę w języku polskim pod względem pisowni i stylu wykonywała moja matka, Melania Rajchowa w roku 1938.

Więcej o „cudownej gruszy” czytaj: Tutaj

 

 

Opis represji niemieckich w Bobrownikach w 1939 r. a także przejścia autora w czasie sądu, który Niemcy zorganizowali na początku października tego roku. W jego trakcie 18 Polaków - bobrowniczan zostało skazanych na śmierć.

 

Jako przeciwwagę dla opisu K. Tomme prześladowania i krzywdzenia Niemców w 1939 r. przez Polaków w Bobrownikach podaję imienny wykaz Polaków, których w odwecie prześladowali i torturowali nasi Niemcy z Bobrownik i okolicy w jesienią tymże 1939 r. od razu po wkroczeniu wojsk niemieckich do Bobrownik.

 

W dniu 19 września 1939 roku wracający ze swego kilkudniowego internowania bobrowniccy Niemcy utworzyli okupacyjną władzę i jeszcze w tym samym dniu rozpoczęli swój krwawy, terrorystyczny, morderczy odwet na ludności polskiej.

 

  1. Otto Strąk, fryzjer - sklepikarz jako pierwsza ofiara ludobójstwa niemieckiego. Został wezwany do nowo utworzonego urzędu gminy i tam otrzymał polecenie stawienia się w dniu 20 września w urzędzie powiatu w Lipnie w celu doręczenia zaklejonej i opieczętowanej koperty urzędującemu tam na stanowisku starosty Niemcowi. Otto Strąk zgodnie z otrzymanym poleceniem 20 września udał się do Lipna i od tego czasu ślad po nim zaginął. Należy sądzić, że zaginął on w pierwszej grupie zamordowanych bestialsko i bez żadnego sądu Polaków.
  2. Dąbrowiecki Józef, szewc
  3. Dąbrowiecki Stanisław, robotnik
  4. Gajewski Zdzisław, handlarz
  5. Kłonowski Bolesław, syn rolnika
  6. Piotrowski Bolesław, robotnik
  7. Piotrowski Klemens, robotnik
  8. Zalewski Wacław, instruktor Związku Strzeleckiego
  9. Krażewski Wacław, wodniak
  10. Wołowski Leon, robotnik
  11. Pypkowski Tadeusz, syn rolnika
  12. Woźniak Wacław, robotnik
  13. Skalski Teofil, syn rolnika
  14. Kostrzewski Stanisław, syn rolnika
  15. Kmieć Bolesław, robotnik
  16. Gabrielczyk Zdzisław, robotnik
  17. Stefański Henryk, robotnik
  18. Deskiewicz Kazimierz, robotnik
  19. Deskiewicz Witold, robotnik
  20. Hoffman Antoni, robotnik
  21. Echolc Franciszek, robotnik
  22. Smaga Kazimierz, robotnik
  23. Cymerman Jan, robotnik

 

Z powyższego wykazu Polaków grupa od pozycji 2 do 23 są to w większości ludzie, którzy w sierpniu i wrześniu 1939 r. brali udział, jako pomocnicza, obywatelska służba policji w dokonywaniu rewizji i aresztowaniu naszych Niemców podejrzanych o współpracę i szpiegostwo na rzecz III Rzeszy hitlerowskich Niemiec.

 

Cała ta grupa wraz z 60 – 80 innymi wyłapanymi z terenu gminy Bobrowniki Polakami w początku października była sądzona przez niemiecki doraźny sąd wojskowy specjalnie w tym celu powołany przez niemieckiego komendanta wojennego dla powiatu lipnowskiego. Sąd ten odbył się w budynku gminy w Bobrownikach a skład jego stanowili nasi Niemcy: Jakub Müller, Jan Wolstendorf, Hermann Hübner, Sergej Klotz i być może jeszcze kilku innych gdyż w pomieszczeniu znajdowało się jeszcze kilkunastu Niemców w tym też Karol Tomm, który tę książkę o Bobrownikach napisał. Ja nie wszystkich tam będących znałem.

 

Między innymi ja też byłem tego dnia sądzony jako jeden z trzech pierwszych, którzy w tym dniu nie byli katowani – bici. Podobno wszyscy pozostali otrzymywali karę 10 do 50 batów kilkoma rodzajami przyrządów używanych do torturowania przez niemieckie, „humanitarne” prawo karne, pod sumiennym i efektywnym nadzorem specjalnie do tego szkolonych jednostek SS z trupią czaszką, obrazującą system hitlerowskiego raju dla pokonanych wrogów z całego świata w tysiąc letniej III Rzeszy hitlerowskich Niemiec.

 

Mój wyrok ograniczył się do tego, że zostałem szczegółowo poinformowany przez przewodniczącego sądu o obowiązkach i przestrzegania ich w III Rzeszy. Oczywiście, że ja z tej przemowy nic nie zrozumiałem gdyż była mówiona w języku niemieckim, którego nie znałem więc na zakończenie powiedziałem po prostu: „Danke” czyli dziękuję i uśmiechnąłem się. Na to Niemiec zdenerwował się i szpicrutą mi po nosie zaczął stukać i powiedział: „Hier is nichts z lachen” to znaczy: „Tu nie ma nic do śmiechu”. Wtedy moja matka powiedziała, że ja nie zrozumiałem z całej mowy ani słowa gdyż nie znam języka niemieckiego. Wtedy wyprowadzono mnie i puszczono do domu a matka i ojciec otrzymali dodatkowo informację, że nie jest to zabawa, ani żarty i jeżeli jeszcze raz powtórzy się skarga na moje postępowa niegodne prawdziwego Niemca to zostanę ponownie osądzony i wyrok może zostać wydany do kary śmierci włącznie. To opowiedzieli mi rodzice po przyjściu do domu równocześnie z ostrzeżeniem, że w czasie wojennym wszystko może mi się przydarzyć, bez najmniejszej szansy na uczciwą obronę, że wojna jest zawsze okrutna, bezmyślna i niesprawiedliwa.

 

Oczywiście o tym i ja sam sobie myślałem i doświadczyłem porządnego strachu już w czasie słuchania wygłaszania mojego wyroku i ciarki chodziły mi dosłownie po zadku i grzbiecie od samego jedynie oglądania akcesoriów do bicia przygotowanych dla potrzeb tego „wysokiego sądu”. Prawdę mówiąc już w myślach sobie zgadywałem ile zarobiłem i jak swoją porcję wytrzymam. Sądzę, że jako następny po mnie był sądzony mój najbliższy kolega Tadeusz Zalesiński, który powiedział mi kilka dni później, że otrzymał 15 batów, i że to szło wytrzymać bez krzyku. Ja jednak myślę, że sama jakość bicia przede wszystkim zależała od tego kto bił, czym bił i jakie było jego osobiste nastawienie do bitego. Zaś ten mój niepotrzebny uśmiech wcale nie dotyczył mojej sytuacji a wyłącznie odnosił się do komicznej postaci pana „pułkownika” – sędziego, którego wzrost wynosił może 145 – 150 cm. A obwód w pasie około 200 cm. Miał on przypasaną do pasa szablę, w lewej ręce laskę a w prawej szpicrutę, oczy blado niebieski  wybałuszone, twarz opasłą i nalaną z wąsikiem a’la Adolf Hitler. Jednym słowem dokładna kopia filmowego Szejka z tą jedynie różnicą, że był dwa razy grubszy od biednego Szwejka. Wyglądał na dobrodusznego człowieka, który nie byłby zdolny do zabicia nawet muchy siedzącej mu na nosie.