Księga gości

Brzegi Wisły od Warszawy do Ciechocinka

 

 

Fragment książki autorstwa Oskara Flatta zatytułowanej: „Brzegi Wisły od Warszawy do Ciechocinka, z dopełniającym poglądem na przestrzeń od Torunia do Gdańska. (Przewodnik żeglugi parowej). Z sześcioma widokami i dwiema mapami."  opisujący Bobrowniki i ruiny bobrownickiego zamku (str. 77 - 79):

 

Strona tytułowa książki 

 

 

/.../ — Stronnym jesteś, przerwie z uśmiechem starszy z moich towarzyszy; szeroko rozwodzisz się o kujawskiem powiślu, a czyż nic nie powiesz o płockich brzegach? patrz jak pięknie te zieleniejące wzgórza wieszają się nad brzegami, ta cała ziemia ma jakąś miłą fizyognomię, widać w niej rząd, byt dobry, zagospodarowanie....

— Tak, to lipnowskie.... ale nim szerzej o tych stronach pomówimy, patrz, oto odkreśla się już wyraźnie na lipnowskim brzegu kształt jakiejś ruiny, w około której kupi się biedna mieścina.

— Więc to pomnik przeszłości? zawołał żywo mój towarzysz, co to za miejsce?

— To Bobrowniki.

— Bobrowniki? nie znam tego miasta, ale sama nazwa przypomina rodzaj przemysłu, co to kiedyś na tak wysokiej stał u nas stopie, a dziś i śladu jego nie dopatrzysz. Powiśle było kiedyś ulubionem bobrów siedliskiem; czytałem gdzieś obszerne przepisy o hodowaniu i łowieniu u nas bobrów; ale po cóż szukać daleko, czy nie dość przypomnieć naszych Bobrowniczych? pewien jestem, że ta osada od jakiejś bobrowej skórki nazwę swoją datuje.

— Masz racyę, zawołałem, mnóstwo tu niegdyś znajdowało się bobrów; samo zaś miasteczko, Władysław Opolski, mając nadane przez stryja swego Ludwika Węgierskiego, sprzedał Krzyżakom. Od nich to początkują i te sterczące mury, a jeśli mnie pamięć nie zwodzi, to wypadnie to na czasy onego Konrada Jungingen. Zresztą nie znam bliższych dziej ów tego zamczyska.

— Czy pan nie byłeś nigdy w Bobrownikach? zagadnął mnie szyper naszej berlinki, słysząc ostatnie moje słowa.

— Pierwszy raz widzę tę mieścinę; czy masz co o niej powiedzieć? zapytałem skwapliwie.

— Boże odpuść, rzecze z cicha szyper, żegnając się pobożnie i zpod oka spoglądając na świecące w dali ruiny — starzy ludzie straszne rzeczy prawią o tem zamczysku....

— Czy nie jakie strachy? przerwałem z uśmiechem.

— Panu żarty—odpowie poważnie szyper—a jednak to ojciec mój (panie świeć nad jego duszą!) co jeszcze w lepszym stanie pałacysko stare widział, mawiał mi często, że dwa razy do roku, w porównanie na wiosnę i jesień, pokutowało jakieś licho w tych murach i straszyło biednych ludzi.

— I cóż to był za strach ?

— Człek jakiś rycerski, zbrojny, blady, z potarganym włosem, wychodził zawsze z wieży, zbierał rozsypujące się mury, wzdychał tak straszno i bił się w piersi, szeroką blizną rozdarte; a raz słyszeli jak mówił zbierając od murów gruzy: biada mi biada, jam was zaprzedał....

— A teraz nie straszy?

— Nie, z łaski Boga; od czasu jak się rozsypała wieża, ucichło licho, może też to święcenie księdza proboszcza i msze odprawione odegnały stracha....

Uderzyła mnie dziwnie ta legenda; jakieś wspomnienie zrodziło się w głowie i jęło się zwolna w myśl porządkować: zali jęło mnie podobieństwo opowieści, ten duch pokutujący na zwaliskach bobrownickiego zamku, ten rycerz zbierający walące się mury, ten grzesznik z sumieniem toczący walkę — tak, to nikt inny, jeno ów starosta bobrownicki, Warcisław Gortatowic, co to w r. 1409 haniebnie po słabym oporze poddał zamek Krzyżakom i ten srom zadany szlacheckiemu klejnotowi odpokutował potem w głębi zamkowej baszty. To więc zapewne było tło ludowej gawędy.

Z podwójnem już teraz zajęciem zatapiałem oko w roztoczony tuż przedemną krajobraz Bobrownik, wśród ślicznej, zieleniejącej do koła przyrody. Wynurzyłem żywe pragnienie przybicia do lądu i obejrzenia zblizka, milczącego pomnika przeszłości grodu, co według słów Klonowicza „był kiedyś w szanowaniu.“

Bobrowniki dość długiem pasmem rozciągają się nad samą Wisłą, opierając się ramieniem o krawędzie lasów; mały, skromny kościołek wydatnieje nad gruppą domków, czerwieniejących w zieleni. Jest tu obecnie magazyn solny, jeden z główniejszych czynników ruchu tego biednego miasteczka, liczącego w ogóle z przyległościami 115 domów i około 1,000 mieszkańców. Za miastem, na wzgórzu piaszczystem, rozsiadł się kościotrup zamku, jak strzaskana lutnia barda, co nie dośpie-wał pieśni minionych lat. Z całego zamku, który już w 1789 r. przedstawiał tylko porysowane, do pół opadłe mury, słabe dziś pozostały ślady: cała rudera dwie tworzy gruppy większe: jeden niby kopiec grobowy, druga niby arkada, łuk tryumfalny; to znowu jedna z owych licznych świątyń:

,,Gdzie duchy mieszkać nie chcą, a ludzie nie śmieją....“

— Jeszcze mamy przed sobą kawał drogi— rozległ się glos szypra, przerywającego moje marzenia — płyniemy pod wodę, i wiatr nie stały... godziny płyną....

Więc pożegnałem pokutnicze ruiny bobrownickiego starosty i spieszę do mojej berlinki. Wnet odbijamy, ale ziściły się doświadczonego szypra przepowiednie, wiatr nagle zmienił się! i powstał przeciw naszej nawie, która i tak już z trudem walczyła przeciw prądowi Wisły. Zwinięto żagiel, wzięto się do wioseł, i wtedy dopiero w tym mikroskopowym stosunku pojąłem krwawą żeglarzy pracę: chwytali wiatr, choćby ostatnim ; brzeżkowym smugiem żagla; krzyżując po Wiśle, zwolna i z trudem zdobywać musieli każdą piędź rzeki. I ta to praca, ten znój i pot osady statku, one też jedynie budziły we mnie współczucie i żal, ale zresztą prawie rad byłem tej zwłoce: wypadła mi ona pomyślnie wśród tych pięknych brzegów, drogiej sercu naszemu rzeki, wśród tego czarownego koła wspomnień, zewsząd tłoczących się do głowy i serca; żal mi było wyrwać się z tego objęcia Wisły i pomimowolnie w duchu dziękczyniłem przeciwnym wiatrom. /.../

 

 

Ilustracja z tej samej książki przedstawiająca ruiny zamku w Bobrownikach, rysunek i litografia autorstwa Maksymiliana Fajansa